wtorek, 21 czerwca 2011

Wietnamskie retrospekcje - część I - północ.

Dla wprowadzenia, retrospekcja - w epice, a zwłaszcza w powieści przywoływanie (z punktu widzenia bohatera) zdarzeń wcześniejszych od momentu właściwego rozpoczęcia fabuły lub wchodzących w jej zakres czasowy, ale wcześniejszych od chwili, w której przywołuje się zdarzenia minione, nie ukazane bezpośrednio. /za wiem.onet.pl / - ktoś nie załapał?

Tym wpisem inaugurujemy cykl wpisów (w ilości sztuk 3, ha!) podsumowujących nasz wyjazd do Wietnamu A.D. 2011

Północ – Na pierwszy ogień było SAPA i mieścina Cat Cat. Urokliwa miejscowość i okolica. Podejrzewamy, że jest bardziej urokliwa jest gdy nie ma mgły. Google, przewodnik i foldery turystyczne na zdjęciach pokazują zupełnie co innego niż widzieliśmy to my. Tak czy inaczej warto.


Miejscowe ciekawostki: tarasy ryżowe! (najlepsze w Wietnamie), plemiona i ich wioski. Hmongi, Dzongi i może jeszcze inne grupy etniczne. Natarczywi, namolni („buy something for me, buy something for me”) ale przyjaźni. Za opłatą można ich wynająć – zaprowadzą i oprowadzą po swojej wiosce. Nie poszliśmy na to, ale ponoć warto – warto również wcześniej ustalić zasady (oprowadza tylko jedna osoba, nikt nie wciska swoich produktów etc.) aby wycieczka była spokojna i udana. Warto się targować.


Pomieszkiwaliśmy w hotelu Cat Cat View – kilku piętrowy hotel, względnie tani, czysty, zadbany, z tarasami z których widać tarasy ryżowe, góry i całą okolicę, nam jednak nie to było dane. W samym hotelu zaś była pierwszorzędna restauracja, jakiej już później nie widzieliśmy. Mała, skromna, w zasadzie sala z aneksem kuchennym, a w nim 3 miejscowych (w tym jeden z uśmiechem a`la Bilguun Ariunbaatar), którzy na miejscu i na bieżąco realizowali zamówienia. Mega!


Jednak aby się (wy-)dostać do/z Sapa w najbardziej ekonomiczno-czasowy sposób potrzebny jest bus, ale z tym nie ma problemu. Bus jeździ na trasie Lao Cai – Sapa – Lao Cai. O ile z Sapa stawka jest zawsze taka sama, o tyle rano pod dworcem w Lao Cai trzeba się potargować o cenę przewozu do Sapa, bo o ile busów jest mnóstwo, o tyle tylko kilka z nich jedzie, a kierowcy sprzedają już złapanych pasażerów innym przewoźnikom. Na plus pozostaje jednak możliwość zakupu jeszcze ciepłej bagietki pod dworcem Lao Cai Główny i jedyny. à propos, w Wietnamie w każdym mieście jest chyba tylko jeden dworzec, przynajmniej więcej nie widzieliśmy. Dworce są zamykane w momencie gdy nie ma podstawionego składu, bądź też żaden pociąg nie przyjeżdża. Otwierają, ludzie przechodzą, zamykają, bilety sprawdzają kilkukrotnie, przy wyjściu zabierają, ot taki urok PKP by Vietnam.

Do Lao Cai najlepiej dostać się pociągiem, nocnym z Ha Noi. Do wyboru soft sleeper lub hard sleeper, w grubości materaca różnica nie odczuwalna, w ilość legowisk (4 vs. 6) nieco bardziej, da się przeżyć bez większych problemów, natomiast różnica w cenie to kilka dolarów, i to nie byle jakich bo amerykańskich!


Przed Sapa i po Sapa, byliśmy kilka godzin w Ha Noi (stolica, drugie co do wielkości miasto Wietnamu), nie będę się rozpisywał, bo nam się nie podobało, brudno, tłoczno, głośno. Acz niektórym się podoba. My nie zapomnimy nocnego free ride rikszą, porannej gimnastyki całego miasta iii.. i może oprócz zimnego piwa i ananas shake nic więcej nie zapamiętamy.


Z Ha Noi uderzyliśmy nad Ha Long Bay, oczywiście z biurem Sinh Cafe, tym oryginalnym.
Wycieczka (2 dniowa) udana, zatoka robi potężne wrażenie, łódź na której spaliśmy i jedzenie na niej – niestety nie robią wrażenia, o łodzi można poczytać w którymś z poprzednich wpisów. Podróż z Ha Noi nad Ha Long odbywa się przy pomocy busa, niestety ciasno, gorąco i 3 - 4 godziny drogi. Widoki z busa niezłe jednak monotonne, pola ryżowe, domki w mieścinie, pola ryżowe, domki w mieścinie, pola..

Jak już wspomniałem sama zatoka powala na kolana, 2000 skał wapiennych wystających z wody, Jaskinia Niespodzianka? (Surprise Cave) – kiczowato zrobiona, tak a`la cały Vietnam, wioski na wodzie, naciągactwo na przepłynięcie się łódką (daliśmy się naciągnąć – szkoda 5$ na osobę), i pare innych atrakcji.


Jednak gdybym wiedział to co wiem, wybrałbym chyba jednodniową wycieczkę. Powrót do Ha Noi, jeszcze ciaśniej, jeszcze cieplej, pola ryżowe, domki w mieścinie… Zzzz… Wracając z Ha Long dowiedzieliśmy się, że całkiem niedaleko, bo w Japonii było tsunami i wielkie ka boom! w Fukushimie. W nocy sprawdzaliśmy czy świecimy. Nie świeciliśmy zatem uznaliśmy, że jest dobrze i można się dalej rozkoszować wolnym.

Po Ha Noi w planach było Hue, jednak na dworcu kolejowym dowiedzieliśmy się, że sorry ale biletów na przejażdżkę sypialnym do Hue już nie ma i że jutro pociąg też jedzie. Tyle to my też wiemy. Trudno. Lipa. Cześć i czołem. Przewodnik w łapę i szukamy gdzie by tu, z braku laku, można pojechać. Niestety pole manewru nie jest wielkie, bo jadąc na południe, zawsze jedzie się tym pociągiem na który już nie ma biletów. Po kilku rozmowach w polish-vietnam-inglisz udaje nam się zakupić bilety do Hue. Przepłacamy, bodajże dwukrotnie, ale lepsze to niż noc w Ha Noi.
Nie będę mówił, kto zawalił sprawę z biletami, bo nie lubię źle mówić o… sobie.


O przygodach Koszyków w Hue i kilku innych miej lub bardziej ciekawych miejscach czytajcie w kolejnych tomikach poezji, które znajdują się na http://koszyki-on-tour.blogspot.com