poniedziałek, 14 października 2013

Poniedziałek w Dublinie

Dún Laoghaire drugiego dnia naszej podróży wita nas słońcem i lekkim wiatrem, Jadzia rozpoczyna dzień od mleka, co daje nam dodatkowy czas, na znalezienie czegoś do jedzenia. Wiedzeni przeczuciem trafiamy do niesamowicie przyjemniej „bajglowni” o nazwie „Itsa bagel store”. Mała knajpka w której podają tylko i wyłącznie bajgle na kilkanaście sposobów, a że lokal odwiedzają miejscowi, to dobrze świadczy o tym miejscu. I faktycznie dobrze dają zjeść, jest też menu dziecięce i przewijak. Sam lokal położony jest blisko mariny i placu zabaw. Widać prorodzinne nastawienie Irlandii.

Już wiemy, że dzisiaj Spirit również nie dopłynie. Ze względu na pogodę i panujące warunki, płyną kanałem kaledońskim (ang. Caledonian Canal), a że Szkoci poza sezonem pracują od godziny 10 do 15 to przy śluzie do której się dopłynie po godzinie 15 czeka się do dnia następnego. W sumie to dobre podejście do pracy, dopóki się człowiek na takie coś nie nadzieje.

Obieramy kurs na Centrum Dublina. Najszybszy środek komunikacji to kolejka DART która objeżdża całą zatokę, a nas w kilkanaście minut dowozi do centrum. Bilet kupiony, wszystko dobrze, zjeżdżamy  z wózkiem windą na peron i czekamy na kolejkę. Podjeżdża. Ale jedzie w inną stronę. Nie pokojarzyliśmy faktów, że Brytole mają wszystko na odwrót ;) No cóż, idziemy na właściwy peron, ale 20 minut uciekło. Finalnie dojeżdżamy do Dublina, ale zwiedzamy na czuja.


Punktem wyjściowym dla nas na kilka najbliższych dni stanie się Spire of Dublin („Iglica Dublina”) – potężny, wysoki na 120 metrów monument ustawiony dla uczczenia nowego tysiąclecia. Robi wrażenie.

 

Mając w pamięci, że za dwa dni wylatujemy, postanawiamy w pierwszej kolejności zadbać o obkupienie Jadzi i rozpoczynamy od wizyt w sklepach, a później szwędając się to tu to tam, zobaczyliśmy katedrę i mnóstwo mniejszych lub większych uliczek, które mimo iż podobne do siebie, to każda inna. Jednak Dublin wizualnie nie rzuca na kolana, spodziewaliśmy chyba czegoś innego. Zresztą pośpiech, tej nieprzemierzonej rzeki, potoku ludzi na ulicach i wszechobecny hałas powodują, że mamy dość Dublina. Wracamy do spokojnego Dún Laoghaire.








Z DARTa odbiera nas, wiadomo, Kondziu i zaprasza do siebie na obiad. Jedziemy Double deckerem – czyli klasycznym, brytyjskim piętrowym autobusem. Po raz pierwszy w życiu. I o ile na zdjęciach wygląda to fajnie, to w środku jest tak mało miejsca, że ledwo można się przecisnąć, a z Jadzią na rękach i wózkiem, przy średnio napakowanym autobusie to już sztuka. Dostaliśmy szybko wyjaśnienie, że ulice są węższe niż na kontynencie i Double Decker to jedyne sensowne rozwiązanie.

Kondziu kucharz zawodowy pierwszej kategorii uraczył nas wybornym żurkiem, nie mniej wyśmienitą pieczoną rybą (chyba dorszem) przykrytą czymś co ma swoją fachową, nie do zapamiętania i powtórzenia, nazwą i świeżo pieczoną szarlotką. Wielka przyjemność oglądania takiego kucharza w akcji. Przyłącza się do nas współlokator Kondzia – rodowity Hiszpan imieniem Juan, z którym Jadzia od razu łapie kontakt, a po jakimś czasie zaczyna tańczyć coś, co prawie przypomina salsę. Niewyobrażalne i niesamowite.
Tę noc też spędzimy w Hotelu. Po całodniowych wygibasach, salsie, Jadzia po szybkiej kąpieli zasypia niemal natychmiast, my w zasadzie też. Plan na jutro – zwiedzić Dún Laoghaire.