środa, 16 października 2013

Spotkanie z S/Y Spirit One

O poranku, Spirit już stoi z Marinie. Nie pozostaje nam nic innego jak wymeldować z hotelu i przenieść na jacht. Pada lekka mżawka, ale spoko, mamy  do pokonania jakieś 700 metrów. Po pierwszych 50 metrach zaczyna padać nieco mocniej, z po kolejnych 50 już leje jak z cebra. Chodniki i jezdnie zamieniają się potoki, woda co najmniej po kostki. Już jesteśmy tak mokrzy, że nie ma sensu wracać do hotelu, tylko idziemy do mariny. Przemoczeni docieramy pod Spirita, dziadzia już na nas czeka.

Wózek cały mokry (a wiało tak, że sam zaczął zjeżdżać z pomostu), Jadzia w zasadzie sucha, jedynie spodnie lekko dostały, my mokrzy. Zabieramy się za przebieranie i okazuje się, że zapasowe spodnie Koszyka zostały w hotelu. Dobre rozpoczęcie dnia ;)

Po osuszeniu się, ponownej wizycie w hotelu po spodnie można było w końcu zabrać się za rzeczy bardziej przyziemne. Niestety padało z małymi przerwami do końca dnia, więc większość zabaw odbywała się pod pokładem.

Usypianie Jadzi było trochę problematyczne, głownie ze względu na nieograniczoną przestrzeń do poruszania się. W dziobowej kajucie  można było biegać po kilku kojach. Finalnie sen okazał się silniejszy niż chęć zabawy, a Jadzia spała zabezpieczona „sztorm deską”, niezły widok.



Reszta dnia, to gry, zabawy i głupawy na jachcie. Głównie z dziadzią. Na dobranoc obowiązkowe bajki.
Wieczorna kąpiel, również w rzadko spotykanych warunkach. Półprzezroczysty pojemnik (chyba nawet z Ikei) nieco większy niż duże wiadro idealnie sprawdził się jako wanienka. Co prawda Jadzia stawiała lekki opór, ale jak już się przemogła, to nie chciała wyjść.
Spanie, jak po południu, na koi za sztorm deską.