wtorek, 17 czerwca 2014

Co to był za dzień..

Wiedzieliśmy, że noc będzie krótka. Przez potężną burzę była jeszcze krótsza. Waliło i błyskało tak, że wyrywało z najgłębszego snu. Spaliśmy snem przerywanym z lekkimi obawami czy dojedzieemy i czy prom wystartuje punktualnie lub czy w ogóle wystartuje.

Godzina 05:30 wsiadamy do samochodu. Wąska dróżka przez dżunglę do Tekek była na szczęście przejezdna, konary, gałęzie i inne leżały tak, że dało się je ominąć.
W Tekek kupno biletów na prom już nie stanowiło problemu. Płacisz-płyniesz. Jakie to proste.

Prom zamiast o 06:30 wystartował po 08:00, płynąc też do innej miejscowości po kilka osób. To opóźnienie niespecjalnie nam krzyżowało plany, gdyż dopiero o 12:30 mieliśmy autobus do Kuala Lumpur, a bilety zaklepaliśy wcześniej. Jest dobrze, jesteśmy spokojni, podróż na Langkawi mamy zaplanowaną, jak żadną inną do tej pory.



Do Mersing dopływamy około 10:30 i doświadczamy kolejnego aktu sympatii. Zapytaliśmy jednego dżentelmena o drogę na dworzec autobusowy, a on zaproponował nam podwózkę. Yay! nie trzeba maszerować z pełnym rynsztunkiem. Po drodze wywiązała się rozmowa, skąd jesteśmy i dokąd jedziemy.. Gdy dowiedział się, że na Langkawi, zaproponował nam darmowy przejazd do Johor Bahru (bo właśnie tam jedzie) i dalej nocny autobus na Langkawi. Szkoda, że spotkaliśmy się tak późno, akurat tę trasę mamy już w całości zabukowaną. 

Ok, jesteśmy na dworcu autobusowym, pozostaje nam tylko odebrać zamówiony bilet i czekając na autobus poszukać śniadania. Proste? No pewnie, że proste. Pod warunkiem, że rezerwacja autobusu na godzinę 12:30 jest na godzinę 12:30, a nie na 18:00. I się zaczeło. Baba w kasie swoje, my swoje. Ona mówi, że sorry, ale tak sie wydrukowało i nie ma miejsc. Ja mówię, że sorry, ale patrzaj na rezerwacje. Niestety, to ona tu rządzi. Ok, dzwonimy do catchthatbus.com, czyli miejsca, gdzie zarezerwowaliśmy bilety. Dzwonić można, ale.. z naszych komórek zapłacimy jak za zboże, publiczny telefon umarł, na oko 7 lat temu... Co by tutaj.. O proszę.. znajome twarze z promu, z małym dzieckiem na dodatek.

Bez zająknięcia użyczyli swojego telefonu. Ba! Jeszcze go specjalnie doładowali za 5RM, co by można dłużej dzwonić. W zamian nie chcieli nic. Konsultacje z catchthatbus i z babsztylem w okienku, i tak w kółko. Staneło na tym, że catchthatbus potwierdził, że mamy te miejsca, baba zabrała nasze bilety i mówi,t że to załatwi z kierowcą. Oby. Do 12:30 siedzimy jak na szpilkach. Alternatywy w zasadze nie ma, a samolot z Kuala nie będzie na nas czekał.



Śniadanie przeszło nam koło nosa, zresztą i tak specjalnie nic nie było. Zaliczyliśmy natomiast targ. Widok mało europejski, ale taki, do którego już powoli przywykamy. Surowe mięso i ryby na ladzie, czasem w lodzie, ale raczej bez chłodzenia. Makabra.






Przyjeżdza autobus, na szczęście są i miejsca dla nas. Ufff..
Podróż powinna zająć około 4:45, zatem powinniśmy mieć około 4 godzin, co by dostać się na lotnisko i spokojnie odlecieć.


Niestety, autobus zaczyna mieć opóźnienia, na drogach są mega korki. Zaczyna nam się robić ciepło, a w głowie zaczyna grać Happysad "dzień, który zaczął się marnie, marnie skończy się...".
Spóźnienia uzbierało się ponad 1,5 godziny. Nie jest źle. A dobrze wcale. Uwzględniając czasy oczekiwania na kolejkę, czas przejazdu i inne, wychodzi nam, że mamy około 20-25 minut na odprawienie się. Powinno się udać.

Po drodze zaliczyliśmy jeszcze, zwycięską, walkę z automatami do drukowania kart pokładowych, odprawiliśmy się, nadaliśmy bagaże i... w końcu można coś zjeść. Mamy około 30 minut na śniadanie, obiad i kolację w jednym. Z tych 30 minut, 23 staliśmy w kolejce. A raczej w dwóch kolejkach (co by było szybciej), a w każdej kolejce nie więcej niż 5 osób przed nami... Masakra.

Jedzenie zabraliśmy ze sobą na taras widokowy, cały dzień pod górę, to chociaż widoki do jedzenia będą przyjemne. Ok, my zdjedliśmy, ale Jadzia potrzebowała nieco więcej czasu. Stanęło na tym, że kontrolę bezpieczeństwa przeszła z jedzeniem w rękach. W drodze wyjątu. Ciekawe, czy w Polsce taki numer też by przeszedł?


Cały dzień pod górkę, to i samolot miał opóźnienie, jakieś 45 minut i zamiast lądować na Langkawi chwilę po 22, wylądowaliśmy po 23:00.


Wszystko fajnie, tylko jeszcze trzeba wynająć samochód, na już nauczyć się poruszać ruchem lewostronnym, opanować samochód (najtańszy 60RM za dzień), który ma wszystko po drugiej stronie niż auto do którego przywykliśmy i dojechać do resortu, którego nie ma na mapie a i sama mapa pozostawia wiele do życzenia. Spokojnie, nie takie rzeczy się robiło.

Suma summarum. Raptem raz czy dwa, wyskoczyliśmy nie na ten pas (na szczęście o tej porze było pusto), zamiast kierunkowskazu włączaliśmy wycieraczki, z lekkim nadłożeniem drogi i zgubieniem się dojechaliśmy na miejsce. Cali. Zmęczeni, ale cali. 

W resorcie piwo kosztowało (tylko!) 3RM. Już dawno zimne piwo, nie smakowało tak dobrze.

Patrząc na cały dziejszy dzień z perspektywy krzesełka przy stoliku na tarasie, na którym to stoliku stoi zimne piwo, trzeba przyznać, że opatrzność i może ktoś jeszcze nad nami czuwa.

PS.
Wypożyczony samochód to Daihatsu Viva, google mówi, że to coś ma silniki mniejsze niż 1 litri max 45KM. Auto, przy złożonych tylnich siedzeniach, mieści: 
- 2 dorosłe osoby 
- dwuletnią Jadzię (na kolanach)
- 2 plecaki duże 
- 1 plecak mały
- torbę na wózek
- złożony wózek (spacerówkę)

Może zmieściły by się jeszcze 4 kredki. Świecowe. Bo są mniejsze niż klasyczne ;)

PS2
Litr paliwa kosztuje 2.10RM (około 2PLN), piwo małe w puszce 3RM (duty free - bez podatków).