środa, 26 sierpnia 2009

Paul i grog

Do Paul zajechaliśmy kolejną wąską, kamienistą drogą, która prowadziła wzdłuż wybrzeża Santo Antao. Z jednej strony wysokie skały, z drugiej urwisko. Gdzieś czytałam, że drogi na Cabo Verde regularnie zbierają swoje tragiczne żniwo. Jeden wypadek zdaje się, że widzieliśmy - dużo ludzi patrzących w przepaść, pan z kamerą, chyba TV, policja.. ale nie jestem pewna, przejechaliśmy szybko obok, lepiej się nie zastanawiać co nas może czekać za rogiem, w szczególności, gdy kabowerdyjscy kierowcy nie wyglądają na zbyt rozważnych. Zasady panujące na kabowerdyjskich drogach też są ciekawe: ponieważ inne samochody spotyka się dość rzadko, to jak już się z jakimś mijasz to koniecznie należy zatrąbić, ewentualnie mignąć światłami. Jeśli próbują zatrzymać Ciebie (kierowcę) na stopa, a Ty masz komplet pasażerów, to włączasz wycieraczki i po sprawie.


W Paul odwiedziliśmy miejscową bimbrownię, gdzie produkuje między innymi się lokalny trunek - grog. Owa bimbrownia wyglądała z ulicy tak:


Wchodziło się tymi drewnianymi drzwiami i dalej przez czyjeś podwórze, na kolejne podwórz,e gdzie stały już odpowiednia maszyna (drewniana!), trzcina cukrowa, z której to produkuje się grog, no i całe mnóstwo zwierząt, które z kolei zaprzęgano do obsługi owej maszyny. Grog to silny trunek z trzciny cukrowej, rozcieńczony wodą. Tutejszy grog z dodatkiem cytryn i cukru zwie się Caipirinha - tak samo jak brazylijski odpowiednik tego koktajlu alkoholowego sporządzany z napoju alkoholowego Cachaça i limonek. I do tego taka kabowerdyjska caipirinha kosztuje 200 ECV (2Eur) :)




Co było okropne to, że wszystkie zwierzaki były przywiązane - albo do siebie, albo do grogowej machiny. Luzem latały małe prosiaki i kaczki, które piły grog z miski i chodziły jakby slalomem ;) Na to wszystko załapaliśmy się na degustację ponczu i grogu. Taka degustacja darmowa oczywiście nie jest - dostaliśmy pamiątkowy bilet, zapłaciliśmy 100 ECV (1eur) od osoby i już robiliśmy alkoholowe zakupy dla polskich smakoszy ;) Swoją drogą to rewelacyjny stolik tam mieli - z otworkami, w których idealnie mieściły się kieliszki - dobry pomysł na przydomowe garden party ;)  




Potem pozostało nam zwiedzanie miasteczka, ale właściwie nie trwało to zbyt długo, bo w pół godziny przeszliśmy ją wzdłuż i wszerz. Malownicze krajobrazy, przemili ludzie, jak zawsze uśmiechnięci, z takich miejsc się nie chce wracać..



A na koniec kabowerdyjski kociak we włoskiej knajpce: