wtorek, 26 lipca 2011

Svalbard dzień 1 i 2 – podróż i pierwsze wrażenia

Zaczęliśmy w niedzielę, z Poznania do Warszawy. Wszystko cacy, o czasie, lądowanie udane. Dobrze się zaczyna. i z tą myślą poszliśmy po bagaże. A tu zonk, bagażu Koszyka nie ma i nie wiadomo kiedy będzie. Ale tupnąłem nóżką, zrobiłem groźną minę, lekko się rozpłakałem i plecak się znalazł. Również w niedzielę z 1,5 godzinnym poślizgiem wystartowaliśmy do Kopenhagi, bez większych przygód. Jedna stacja metrem, 150 metrów piechotą i dzięki czekającemu już na nas Dennisowi, mogliśmy przyłożyć głowę do poduszki. Noc krótka, bo o 7:20 lecieliśmy dalej przez Oslo, Tromso aż do Longyearbyen (poniżej zdjęcie jak lecimy – tak to naprawdę my, foty robiła ekipa z pokładu jachtu :)).



Samo Longyearbyen niewiele się zmieniło od czasu, gdy byłem tu ostatnio. No pojawiły się dwie nowe rzeczy: zator lodowy w Adventfjorde i jeszcze większy zator lodowy w Isfjorden.
Adventfjorde jest odnogą Isfjorden, w którym znajduje się Longyearbyen. Jesteśmy odcięci od wielkiej wody, chwilowo przyspawani do pomostu, bo ani w prawo ani w lewo, najstarsi miejscowi górale nie pamiętają takich zatorów w tym miejscu w lipcu. Może jutro będzie lepiej.
Będąc jeszcze na lotnisku dowiedzieliśmy się, że po drugiej stronie fiordu siedzi sobie misiu. Po szybkim zaokrętowaniu padła jedyna słuszna decyzja. Zrzucamy dingi i płyniemy oglądać misia! Czekał na nas. Siedział tyłem do wody i kukał przez prawe ramię czy już patrzymy czy jeszcze nie. Chyba zniecierpliwiony tym czekaniem wziął sprawy w swoje łapy. Wlazł do wody 4 łapami, coś krzyczał – niestety po norwesku i niewiele zrozumieliśmy, stawał na 2 łapach, albo nerwowo rzucał głową. Dobry początek: pierwszy dzień i pierwszy misiek.


Pod wieczór, czyli około godziny 23, gdy słońce było prawie w zenicie postanowiliśmy się wybrać na mały trip – zdobyć najbliższą górę i podziwiać zatokę. Bez większych problemów, ale dużym nakładem sił udało się zdobyć przedszczyt szczytu ;)



Widok robi wrażenie, a kra jakby ustępowała… Zapowiada się niezły drugi dzień na Svalbardzie, chociaż to cały czas Spitsbergen i wszystko może się wydarzyć.
Oj gdyby tylko nie ten lód, to dawno bylibyśmy w drodze jeszcze dalej na północ…