czwartek, 28 lipca 2011

Svalbard dzień 3 – Wtorek


Pobudkę zaplanowano na godzinę ósmą rano. Tutaj trzeba precyzować czy rano czy wieczorem, o każdej porze dnia i nocy jest tak samo jasno, słońce w zasadzie tak samo mocno świeci, jedynie zmienia położenie. Gdy wiesz, że jest po dziewiątej a pod pokładem cisza wiedz, że coś się dzieje. A w zasadzie nic się nie dzieje, bo lód nie ustąpił, a może nawet go przybrało. Wiadomo już, że dziś przynajmniej do późnego popołudnia nie wyjdziemy z Longyearbyen. A skoro nie wyjdziemy z portu to, chociaż wyjdziemy do miejscowego muzeum. Longyearbyenskie muzeum, nie licząc ceny wstępu bardzo przystępne. Sterylnie czyste, a to głównie w związku z obowiązkiem ściągnięcia obuwia przed wejściem do muzeum :) Eksponaty są na wyciągnięcie ręki, do obejrzenia z każdej strony, a nie tylko przez szybę gabloty.


W muzeum trochę historii, misie, wieloryby, ptaszki wszystko ma swój ciekawy opis również po angielsku. Jednak największe wrażenie zrobił chillout room. Podłoga wyłożona skórami fok, poduszki z foczych skór, panoramiczne okna (a na nich wiersze o Svalbardzie) przez które widać okoliczne, jeszcze nieco ośnieżone szczyty tych bliższych i tych bardziej oddalonych gór, dla chętnych przyjemna muzyka w bezprzewodowych słuchawkach. Można mentalnie odpłynąć. Niektórym się to nawet udało ;)


Podczas gdy jedna grupa zażywała chwile relaksu, druga grupa (uderzeniowa) walczyła w porcie z wściekle atakującą krą. Syzyfowa praca, robota głupiego to mało powiedziane, można by stworzyć prawo płynącej kry – raz odepchnięta kra, powraca. Niestety z koleżanką. Icebergi kręciły się więc po porcie, co chwile przypływając do Spirita, niektóre powracały tak często, że zastanawiałem się czy nie nadawać im imion i zapraszać na ciepłą herbatę, bo ile tak można pływać w zimnej wodzie?


Gdy wybiega Niemiec i krzyczy „Help, we are sinking” wiedź, że coś się dzieje. Niemcy na wyczarterowanym norweskim jachcie mieli mniej szczęścia niż my. Złośliwa kra rzuciła im się na śrubę, robiąc w którymś miejscu przeciek. Po szybkiej i skutecznej akcji ratunkowej sytuacja została opanowana. Dla nich zabawa na Spitsbergenie się skończyła.
Tym sposobem mijał kolejny dzień. W między czasie w końcu przypłynął S/Y Eltanin, po dowództwem kapitana Różańskiego juniora [tutaj polecamy artykuł z Polityki o Eltaninie, gdzie doskonale jest opisana specyfika tego jachtu: ;) http://www.polityka.pl/swiat/obyczaje/1514880,1,reportaz-pociagajaca-arktyka.read]. Także wieczorem byli goście.