piątek, 5 sierpnia 2011

Svalbard dzień 6 – piątek

Zgodnie z zapowiedzią o 0900 opuszczamy Longyearbyen. Kierunek Calypsobyen, a to głównie dlatego, że zabieramy ze sobą 4 osoby i wypasiony skaner 3D. Ku chwale polskiej nauki.



Wyjście z Longyearbyen całkiem niezłe, po drodze mijamy „Panoramę” jednak im dalej w las tym więcej drzew, czytaj im bliżej wyjścia z Advenfjorde tym kry i icebergów jakby więcej. W pewnym momencie pak lodowy tak zgęstniał, że nie było możliwości popłynąć ani w prawo, ani w lewo. Jesteśmy w Isfjorden w odległości około 4 min od Barentsburga. Ma-sa-kra.

A jako, że nie można było zrobić nic, co by diametralnie odmieniło sytuację, zapadła decyzja o zacumowaniu do kry. Dobrze się zaczyna. Zatem tyczki w dłoń i odpychamy krę i icebergi, które nas atakują.




Zabawa w odpychanie fajna, po pewnym czasie dochodzimy do perfekcji.
Pojawia się foka, popatrzyła jak nam idzie i dała nura. Śmieszne stworzenie.

Po kilku godzinach wrocławska „Panorama” pojawia się na horyzoncie, oni również walczą z lodem. Nadają, że przy północnym brzegu jakby mniej lodu. No to zrywka na północ, walka z odpychaniem kry trwa w najlepsze.

Długo, długo później w końcu nam się udaje przebić przez pak lodowy. Droga do Calypsobyen, wydaje się być czysta. Znowu pojawia się foka, tym razem na nieco dłużej, tj niecałe 5 sekund. Jest po północy, w końcu zaczynamy płynąć. Oby tak dalej!