piątek, 22 marca 2013

Dzień 1 - Wyjazd (wtorek) - Jadzia rządzi

Wyjazd punkt 4:00 z garażu, za oknami i na drodze 15cm śniegu i ciągle sypie. Droga do Warszawy tragiczna, autostrada już w lepszej kondycji, ale szału nie ma. Dzidźka śpi. Trochę po 7mej wpadamy do W-wy, jednak remonty, sronty i na parking przez miasto jedziemy dobre 40 minut. Tam już szybko i gładko, pakujemy się w busa i po chwili jesteśmy na lotnisku.


Check-in - stoimy w kolejce. Tuż przed naszą odprawą pojawiają się dwie pary z wózkami - już wiemy, że takich jak nas obsługują poza kolejnością. Bogatsi o doświadczenie kontrolę przechodzimy bez kolejki. Mamy godzinę do odlotu. Łazimy po sklepach i snujemy się po lotnisku. Informacja dla pasażerów na Maderę: "lot opóźniony, następna informacja za 30 minut". Czekamy, po 30 minutach ten sam komunikat, niefajnie! Nakarmiliśmy Jadzię, sami coś zjedliśmy. Potem były jeszcze 4 takie komunikaty. Przed 14, po 3 godzinach opóźnienia, w końcu rozpoczął się boarding. Samolot wystartował przed 15 - dobrze się urlop zaczyna.

W samolocie przez 3,5 godziny lotu Jadźka dzielnie się trzyma, podobnie jak jej mama, która ją głównie zabawia. Ot, taki kaprys dziecka. Dzidzia w końcu zasypia, na niecałą godzinę, ale zawsze. Po wylądowaniu czekają na nas autobusy, Jadzia całą drogę przytulona do ręki obserwuje drogę przez przednią szybę. Po 40 minutach jesteśmy w hotelu Villa Quinta Perestrello. Szybki rozpakunek, karmienie i idziemy coś zjeść. Na chybił-trafił knajpa 'Red Lion' - naszym łupem zupa cebulowa, całkiem smaczna mejscowa ryba, stek z wędzoną szynką i jajkiem kraz lokalny browar. W hotelu padamy jak betki. Dzień poerwsy męczący, ale udany.

Jest blisko 20 kilka stopni, z pokoju mamy wyjście na taras z widokiem na ocean i jedno ze wzgórz, na którym leży Funchal. Jadzia rządzi.