środa, 27 marca 2013

Dzień 6 (niedziela) - Zachód

Zmiana planów, zamiast centrum, jedziemy z powrotem na zachód. Na spokojnie, zwiedzimy kilka nie zwiedzonych wczoraj miejsc, podepczemy wzdłuż oceanu, dzidzia odpocznie. Zaczynamy od Cabo Girão. Tym razem pogoda jest dla nas łaskawa, nie ma mgły, słonce nas dopieszcza, jedynie wiatr mógłby być dwa deko mniejszy. Jako iż jest niedziela, przewija się po tarasie dużo ludzi, z miejscowymi włącznie. Patrząc na wschód widać wzgórza i położone na nim Funchal, przed nami, na południe mieni się błękit oceanu, nieskończenie wielki ocean w pełnej swojej krasie, patrząc na zachód nie wiele widać, klify zasłaniają wszystko, a fjordy jadły nam z ręki. Tego dnia, widok na południe był dość zaskakujący, jakby znany, niby taki sam, a jednak inny. Ktoś, kto na pierwszy rzut oka wydaje się bardzo znajomy..








Mimo wielkiej gościnności Cabo Girão ruszamy do Calhety. Największą atrakcją tego miasteczka jest centrum sztuki Casa des Mudas z pracami Picassa i Dalliego. Trochę sztuki nie zaszkodzi, ale nie tym razem. Wybieramy dwie piaszczyste plaże i spacer promenadą, tak po prostu! Plaże wielkością przypominają mieliznę przy wrocławskiej Wyspie Słodowej. Ale są. Jedyne piaszczyste na Maderze, a już na pewno sztucznie przygotowane pod turystów. Spacerujemy wzdłuż i wszerz Calhety, pogoda dopisuje, jest super przyjemnie - relaks pełną gębą! Miejscowość nie jest duża, a czas szybko płynie.



Ruszamy do Ponta do Sol, znaną nam, przebiegającą pod wodospadem drogą. Na miejscu wygląda jakby nastąpiło wyludnienie - zero ludzi, knajpki pozamykane. Pora siesty? W każdym razie Ponta do Sol w niczym nie przypomina mieściny, przez które już przejeżdżaliśmy. Jedziemy do Ribeira Brava. Miasto to już kilka razy się podnosiło - najpierw powódź, później trzęsienie ziemi, na końcu wdzierający się do miasta ocean. Same nieszczęścia. Obecnie solidnie umocniona i uregulowana Ribeira Brava jest oazą spokoju i chętnie wita turystów. W poszukiwaniu zacisznego miejsca, gdzie moglibyśmy nakarmić Jadzię, trafiamy na placyk pod kościołem, z przygotowaną sceną. Cisza, spokój i cielęcina z warzywami na zimno. Zaraz po posiłku na scenie rozpoczynają się pierwsze przymiarki do festynu. Niestety, osoba na tak zwaną rozgrzewkę, prezentuje poziom wokalny zbliżony do naszego. Uciekamy na promenadę, raczymy się lodami i słońcem, a co niektórzy ucinają sobie drzemkę w rytm fal.

Takiego dnia było nam trzeba.