wtorek, 26 marca 2013

Dzień 5 (sobota) - Madera Zachodnia

Maderę można podzielić na cztery obszary: część wschodnią, zachodnią, centralną i Funchal. Wschód zwiedziliśmy wczoraj. Pora na zachód. Nie spodziewamy się rozbudowanej cywilizacji.

Na punkt pierwszy obieramy Porto Moniz, przy czym już w trakcie drogi punkt pierwszy zmienia się na Seixal. Aby się tam dostać przemierzamy 'Północną Drogę Nadbrzeżną', a ta ciągnie się wśród scenerii klifów, wodospadów, tarasów, skał i wysepek. Po drodze jest mnóstwo zatoczek pełniących funkcje miejsc widokowych, tzw. miradouros. Jedziemy nową trasą, stara jest aktualnie zamknięta - i chyba dobrze. 'Stara' opada i kręci się jak kolejka górska, szeroka na jeden samochód, biegnie dosłownie po krawędzi klifu. Zamknięto ją ze względów bezpieczeństwa - osuwające się kamienie tarasowały przejazd, zresztą widać ogromne sterty kamulców leżących na tych trasach do tej pory. 'Nowa' prowadzi nowymi tunelami, na końcu których zazwyczaj jest rondo i kolejny tunel. Zdecydowanie bezpieczniejsze rozwiązanie, a i widoki oszałamiające.

Wracając do Seixal: z ukrytego w zatoce portu roztacza się widok na 60-metrowe wodospady Ve'u da Noira (welon panny młodej). Nazwa pochodzi od kształtu jaki przybiera spadająca woda. W dniu dzisiejszym jakoś nie przypominała welonu. Mimo to widok pierwsza klasa. Jadzia w tych warunkach natury, schowana przed wiatrem w naszej Micrze, zajada kaszkę ze śliwkami, po czym ruszamy na tour po okolicy.









Kilkanaście kilometrów, kilka stromych podjazdów i kilkadziesiąt pięknych widoków dalej odwiedzamy większe miasto w okolicy, Porto Moniz. Na oko jakieś 400 mieszkańców. Tutaj prym wiedzie oceanarium i kamienne baseny - odgrodzne od oceanu baseny pomiędzy skałami oferujące pływanie w oceanie bez fal, ale z falami na wyciągnięcie ręki. Dzisiaj atrakcja zamknięta, w końcu na Maderze też właśnie kończy się zima, tyle, że z temperaturą powietrza na poziomie 20 stopni. Poza tym fale szaleją i nawet w basenach woda nie wygląda przyjaźnie. Porto Moniz największe wrażenie robi z tarasu widokowego, położonego jakieś 300m nad miastem. Dopiero stamtąd widać jak fale wbijają się do miasta.







Po drodze do Ponta de Pargo, w okolicach Achadas de Cruz, skręcamy do kolejki linowej (teleferico). Wieje tak, że głowę urywa, świzd i gwizd. Kolejka idzie w dół prawie pionowo, niemalże przepaść, przejazd to raptem 3€, ale obsługuje gwarantuje "nie damy Wam zginąć". Dzidzia śpi - rezygnujemy. Ale pokusa jest.






Punkt kolejny na trasie do Ponta de Pargo - najdalej wysunięty cypel wyspy na zachód, a tam latarnia morska. Droga do latarni trochę zajmie, więc po krótkiej sesji na szczycie klifu idziemy na obiad. Dzisiaj ryba i lokalna zupa. Wszystko obrzydliwe. Lokalna specjalna zupa to chleb zalany ciepłą wodą, z dodatkiem oliwy, czosnku, ziół i papryczki chili, całość zwieńczona dwoma jajkami w koszulkach. Ryba tłusta, a druga rozgotowana. Aby dopełnić nieszczęścia zaczyna paskudnie padać. Wyprawa do latarni morskiej została anulowana.







Ruszamy do Jardim do Mar (ogród morski). Główna atrakcja, to kwietna mozaika, która jest wyłożona na długiej promenadzie i piękny widok na ocean, raczący nas potężnymi falami. Wieje jakby sam szatan dmuchał. Chcąc niechcąc idziemy od wschodu na zachód, zgodnie z poleceniem przewodnika, ale niestety pod wiatr. Na końcu promenady ścieżka: stroma, z tysiącem schodów, która wiedzie przez wąskie, rzadko uczęszczane uliczki. Zdarza się najlepszym. Mimo ciężkiej końcówki, bardzo udana wizyta. Zmęczenie bierze górę, resztę 'zachodu' przekładamy na jutro.



Kierunek Funchal. Wybieramy otwarty odcinek starej drogi wzdłuż wybrzeża, zamiast tunelów. Po iędzy miejscowościami Calheta a Ponta do Sol na środku drogi kończy się wodospad, a to oznacza darmową myjnię dla samochodu! Niezła heca, woda leje się jak z cebra, hałas jak w myjni automatycznej. Późnym wieczorem meldujemy się w hotelu.



Przejechaliśmy dzisiaj 150km, co chwilę zatrzymując się na kontemplowanie widoków i pamiątkiwe zdjęcia. Na całej chyba Maderze co kawałek są zjazdy na punkty widokowe, lub odpowiednio przystosowane zatoczki, aby bezpiecznie się zatrzymać i podziwiać krajobrazy. Nasza Micra, jeżeli nie jechała po płaskim lub z górki, piłowała głównie na dwójce, często ledwo wyrabiając przy większych pochyleniach. Pokonaliśmy niezliczoną ilość zakrętów, serpentyn, zjazdów i podjazdów, punktów widokowych i zatoczek. Warto było! Jadzia nadal rządzi, choć pod koniec dnia widać na niej zmęczenie. Rosnący kolejny ząb nie poprawia sytuacji. Jest dzielna! Jutro plan na Maderę Centralną.