środa, 18 czerwca 2014

Langkawi, ciąg dalszy

Dziś jest sobota, nauczeni doświadczeniem postanawiamy zakupić bilety na jutrzejszy prom już dzisiaj. Teoretycznie możemy to zrobić on-line, jednak są pewne rozbieżności pomiędzy tym co stoi w przewodniku, na stronie www oraz tym co mówią ludzie. Każdy podaje różne godziny. Aby mieć pewność wsiadamy w naszą Vivę i smarujemy na "jetty".

Chyba dobrze wyczuliśmy zapotrzebowanie na bilety, na dziś już nie ma, kupujemy na jutro na 10:30. To pierwszy raz, gdy Jadzia płaci za transport. My po 60RM od głowy, Jadzia 25. No, ale nie ma za wielu alternatyw dla tego przerzutu.

Jest dobrze, bilety już mamy. Jedziemy na północny wschód zobaczyć Cave of Bats. Niestety, pieszo nie ma możliwości się tam dostać, a najtańsza wycieczka łodzią kosztuje 250RM za łódź. Nietoperze nie są aż tak ważne dla nas, wystarczająco dużo się ich naoglądaliśmy na Tioman, nie bierzemy łodzi tylko dla siebie, ani nie próbujemy się podpiąć pod inną grupę. Chociaż nie płyniemy to zostajemy na przystani. Jest cisza, spokój, rzeka, dużo zieleni. Ilość ludzi którzy się przewijają jest akceptowalna. W końcu jest chwila, gdy nie jesteśmy przytłoczeni Langkawi.


Po przyjemnościach przy Cave of Bats, ruszamy dalej. Kierunek Durian Perangin Waterfall. Mamy wyjątkowe szczęście do wodospadów - ten, nie dość że fajnie położony i wizualnie ładny, to jeszcze jest pusty. Ha! cały wodospad i bajoro pod nim jest tylko dla nas. Minus jest taki, że trzeba odbyć ładny spacer, żeby się pod niego wgramolić. Miejscowi mówią, że to spacer na 10 minut i Jadzia spokojnie sobie tam dojdzie. Doszła. Na barana. U taty. Trochę to trwało, ale miejsce okazało się urokliwe. 









Po cichu liczyliśmy, że po wodospadzie Jadzia zaśnie w samochodzie, gdy będziemy jechać na północ wyspy zobaczyć jak wyglądają sześcio gwiazdkowe resorty oraz plażę Tanjung Rhu Beach.
Porażka na całej linii - Jadzie nie zasnęła, do resortów się nie dostaliśmy (szlabany na drodze i ochrona), a plaża taka jak inne na Langkawi. Brudna, szara, mało przyjemna. Woda też. Nawet nogi niespecjalnie chciało się moczyć. Owszem, widać było ładny kawałek plaży, szeroką z białym piaskiem, ale jak tylko się do niej zaczeliśmy zbliżać, wyskoczył pracownik ochrony z informacją, że plaża jest prywatna i nie raczej na nią nie wejdziemy.





No cóż, jeżeli ktoś nas zapyta czy warto jechać na Langkawi, odpowiedź będzie krótka i prosta. Nie, nie jechać, już lepiej pojechać nad polskie morze. Będzie przyjemniej, taniej, z lepszą plażą i bardziej czystą wodą. Z niecierpliwością czekamy na jutrzejszy prom na wyspę Penang. George Town zapowiada się bardzo obiecująco. 

PS. Małpy powoli stają się standardem, ich obecność już nas tak nie porywa, pojawiają się pojedyncze sztuki w różnych częściach wyspy.