środa, 18 czerwca 2014

Kierunek Penang!

Ruszamy na Penang. Na spokojnie, mamy czas. Po drodze mijamy stadko małp, kilkanaście sztuk siedzące przy ulicy, po obu jej stronach, zupełnie nie przejmujące się tym, co dzieje się do okoła.

Samochód oddajemy pod przystanią promową, więc wszystko się dobrze zazębia. Bording na prom, 20-30 przed odpłynięciem. W porównaniu z promem na/z Tioman, tutaj organizacja jest wzorcowa. Startujemy punktualnie, przed nami około 2,5 godziny rejsu. Czas nam umila bajka puszczona na monitorze, a później film akcji. Niezniszczalni II. Niestety film nie jest o nas ;)
Doznajemy bardzo przyjemnej podróży. Około 13 lądujemy na Penang, w mieście George Town. Mieście wpisanym w 2008 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Do Hostelu mamy 15-20 minut piechotą. Droga względnie prosta, jednak mapy podają różne nazwy tych samych ulic. Jedna podaje nazwy angielskie, druga miejscowe. Potrzebujemy chwili, żeby się ogarnąć.

Wybraliśmy hostel House of Journey. I był to strzał w 10. Bardzo przyjemny gościniec, prowadzony przez 2 młodych ludzi (młodszych od nas). Dziewczynę Cheryl i chłopaka którego imienia nie znamy, ale Jadzia za nim szaleje. Hostel "urządzony w drewnie", drewniane jest prawie wszystko, co z otwartością i chęcią pomocy gospodarzy tworzy na prawdę pozytywne wrażenie. Super miejsce.

Na rozruch bierzemy się za okolicę, tzw. Street Art, czyli robimy obchód po okoliczych uliczkach, na których artyści tworzą murale i inne instalacje. Robi wrażenie. Tematy przewodnie to kotki oraz Minorki. Trzy najlepsze dzieła to chyba rower, huśtawka i kosz-ykówka.









Da się upiększać miasto i przyciągać turystów w prosty sposób? No da się, trzeba tylko trochę chęci.

Po ulicznych dziełach a'la Banksy idziemy do jednego z siedmiu Clan Jetties. Clan Jetties zaczęły powstawać na przełomie XVIII i XIX wieku rękami chińskich imigrantów. Penang był wówczas dużym ośrodkiem związanym z handlem i szlakiem floty handlowej. Chińczycy zaczęli więc budować swoje włości na wodzie. Każdy klan/rodzina swoje, a że chińska rodzina liczną jest, to i tego sporo powstało. Obecnie, jest to dużo mniejsze niż w okresie prosperiti i pełni funkcję mieszkalno-turystyczną. Drewniane chałupki stojące na palach. Kilka sklepików z pamiątkami, napojami, jedzeniem i momentami lekki smród. Dość specyficzne miejsce. Jednak na samym końcu odwiedzanego przez nas (największego) Clan Jetty jest błoga cisza, spokój i lekki wiatr. Jest przyjemnie. Jadzia śpi.





Hostel jest położony w dobrym miejscu, w starej, zabytkowej części George Town, blisko przystanku autobusowego, z którego da się dojechać wszędzie no i blisko ulicy z dużą ilością jedzenia.

Bajka.

Na kolację bierzemy miejscowe specjały - nasi lemak, curry noodle i kanapki ;) 
Bardzo smaczne.