środa, 18 czerwca 2014

George Town da się lubić

Dzień drugi w George Town. Dochodzimy do siebie po Langkawi. Mimo, iż to całkiem spore miasto, to jest przyjemniej. Prowadzący House of Journey są przewodnikami, sugerują nam miejsca, które warto zobaczyć. Za ich namową, postanawiamy zrobić wycieczkę do świątyni Kek Lok Si Temple, a później zobaczyć Penang Hill i przejechać się... kolejką!

Pod świątynię podjeżdzamy autobusem, już z daleką ją widać, potężna statua wyrasta ze wzgórza. Kek Lok Si Temple jest największą buddyjską świątynią w południowo-wschodniej Azji, a jej budowa rozpoczeła się w 1890 roku. 

Jako pierwszą zwiedza się Pagodę "dziesięciu tysięcy Budd", coś niesamowitego. W pagodzie, na każdej ze ścian są setki/tysiące małych złotych postaci Buddy. Jeden przy drugim, każdy chyba taki sam, każdy złoty. Wygląda to trochę na fotomontaż. Niezwykłe.






Poruszając się w buddyjskim klimacie, pomiędzy ołtarzami i figurami Buddy, kierujemy się w stronę "największej atrakcji" tegoż kompleksu. Kuan Yin Statue, czyli ponad 30 metrowej postaci Kuan Yin (Guanyin, do wygooglania). 30 metrów to około 10 pięter, robi wrażenie. Nawet większe niż Jezus ze Świebodzina i jest mniej pretensjonalny. 





Niestety druga część zaplanowanej wycieczki nie odbyła się. Akurat od dziś przez 3 najbliższe dni Penang Hill będą zamkniete. Za utrudnienia przepraszamy. A to nowość. Szkoda. Ale nie ma tego złego, wrócimy na Art Street, porobić zdjęcia z Jadzią przy muralach, bo wczorajszą sesję przespała.




aha, znaleźliśmy bardzo fajną knajpę na lunch, nazywa się MugShot i serwują coś, co nam bardzo przypomina Dublińskie bajgle.

W naszej okolicy towarzysko George Town zaczyna żyć dopiero około 18. Do tej godziny kwitnie raczej handel i drobne usługi. Około 18, miejsce tych straganów zajmują wózki z kuchenkami i różnorodnym jedzeniem. Ciężko o wolne miejsce przy stoliku. Zaczyna panować bardzo pozytywna atmosfera. I co istotne, trwa to do późnych godzin.