czwartek, 19 czerwca 2014

Penang na dziko

George Town mamy opanowane, komunikację miejską również. Jak szaleć, to szaleć. Łapiemy autobus linii 101, kierunek Batu Feringgi, czyli plaże. Autobusem jedzie się dobrą godzinę, cena 4RM. Bardzo mało w sumie. Tak nam się spodobało w autobusie, że postanowiliśmy zmienić plany i pojechać nim możliwie daleko, na najdalej oddalone plaże. W zależności od tego, gdzie autobus będzie kończył bieg dojedziemy do Teluk Bahang (Jetty Fishing Village) lub do Teluk Duyung (Monkey Beach). I jedno i drugie wydaje się atrakcyjne z nazwy.

Finalnie, autobus zatrzymuje się pośrodku niczego :)

Po krótkiej naradzie z miejscowymi ustalamy nasze położenie, idziemy do Jetty Fishing Village. Spacer na jakieś 30 minut. Na miejscu okazuje się, że ta wioska rybacka, to raczej nieporozumienie niż dobra atrakcja turystyczna. Ot pływające kilka łodzi/domków w zatoce. Lepsze wrażenie zrobił stary pomost, który znajdował się przy porcie, czyli "stałej" wiosce rybackiej. Szału nie ma, ale jak już jesteśmy to postanawiamy zwiedzić Taman Negara, czyli coś na kształt parku krajobrazowego czy rezerwatu. Jednego z ostatnich nie ruszonych przez człowieka miejsc na Penang.



Wejście za pozwoleniem, czyli wpisaniem się na listę gości podając imię, nazwisko, numer paszportu, miejsce przeznaczenia w parku - w naszym przypadku upatrzona z pomostu plaża oraz godzinę wejścia. Przy wyjściu trzeba się odmeldować.


Do upatrzonego strategicznego miejsca odpoczynku mamy około 500 metrów. Spocznij. Na plaży.
Zaparkowaliśmy wózek na końcu plaży, przebraliśmy się w stroje kąpielowo-plażowe i zaczęliśmy tak zwany relaks i zbieranie muszelek. 

Idylla nie trwała długo. Po mniej więcej 15 minutach pojawiła się małpka, potem druga. Fajnie, można porobić zdjęcia, pooglądać małpki z bliska. Po chwili przybiegła trzecia, czwarta, piąta i w sumie nie wiem ile ich się zleciało, ale całe stado. W tym matka z dzieckiem. Zrobiło się i fajno i straszno. Największa w stadzie zaczeła dobierać się do wózka, a my jesteśmy uzbrojeni w... Jadzi wiaderko na muszelki i aparat.




Raaaar! Musimy bardzo groźnie wyglądać. Najgorsze jest to, że słyszeliśmy i wiemy co mogą zrobić małpy jak się wkurzą. Więc lepiej ich nie denerować.

Sytuacja wygląda tak. Małpa zaczyna dobierać się do wózka, wyciąga wszystko co w nim i na nim jest. Głównie nasze ubrania. Na nasze "akysz" małpa zaczyna na nas warczeć. Nie jest dobrze. 
Z drugiej strony sytuacja wydaje się lekko groteskowa. Stadko nie za wielkich małp przegania nas i przejmuje władzę nad wózkiem. Sytuację ilustruje poniższe zdjęcie.


Proszę zwrócić szczególną uwagę na tzw. lożę szyderców, która znajduje się na kamieniu po prawej.

Największa małpa w końcu łapnęła się, że to co cenne znajduje się w torbie wiszącej na wózku. Kulturalnie ją sobie otworzyła, zabrała Jadziowe ciasteczka, dwa waniliowe mufiny i uciekła. Pozostałe małpy już nie były takie odważne i dały się przegonić. 






Przejmujemy władzę nad wózkiem, ciasteczka przepadły. Szkoda, bo dobre były, z drugiej strony wrażenia zostaną z nami na bardzo długo :)

Urok miejsca prysł. Powoli zaczynamy się zbierać, na odchodne z plaży przychodzą jeszcze pojedyncze małpy, ale chyba raczej z ciekawości. Wracając widzimy jeszcze solidne jaszczury, nie tak dużego jak na Tioman, ale też solidnych rozmiarów. Jeden wygrzewa się na plaży (uciekł do wody przed zdjęciem), drugi na kamulcu. Jesteśmy 500 metrów do wejścia, ciekawe ile zwierzaków kryje się w głębi parku.





Podczas odmeldowania się zamieniamy kilka zdań z pracownikiem parku. Opowiada, że Penang, przed wybudowaniem mostów łączących ich z Malezją, był oazą ciszy i spokoju. Obecnie, tylko ten park przypomina o tym co tu było i że to ostatnie takie miejsce na wyspie. Gdyby nie objęli go ochroną,  już dawno stałyby tu wieżowce. Mówi też dużo o owocach duriana. W sumie nie zgłębialiśmy tematu, ale nasz przyjaciel twierdzi, że po zjedzeniu duriana przez 6 godzin nie powinno się nic jeść, a pić tylko wodę, boże broń alkoholu. Mówił, że durian mocno rozgrzewa od środka i że może podnieść się temperatura ciała. Wiedzę przyswoiliśmy, ale raczej jej nie wykorzystamy, owoc duriana nas nie pociąga.

To nasz ostatni dzień w George Town, po połudnu ruszamy w kierunku starego miasta z nadzieją na odwiedzenie kilku sklepików/galeri, które do tej pory były zamknięte. 



Jutro o 7:30 łapiemy autobus do Cameron Highlands - herbaciany rejon, a jak się wszystko dobrze ułoży to i może uda się zorganizować wycieczkę do sanatorium dla słoni.