poniedziałek, 23 czerwca 2014

Pożegnanie z Malezją

Mamy ostatni dzień w Kuala Lumpur. Trochę szkoda, że to już. Że już czas na pożegnanie z Malezją. Chcąc ucieć nieco od miejskiego zgiełku postanawiamy ruszyć nad Titiwangsa – solidne jezioro, nieco na uboczu. Trochę jak poznańska Malta.

Dojazd – klasycznie i stylowo – kolejką. A jakże. Pytamy o drogę. „Lepiej weźcie taksówkę, na pieszo to strasznie daleko, jakieś 20 minut drogi….. weźcie taksówkę” takimi słowami uraczył nas jeden z dżentelmenów na stacji metra. Mi od razu przypomniała się Madera i „Nuns Valley jest strasznie daleko, jakieś 20 minut jazdy samochodem” :)


Ah, wesoło, mimo ogromu drogi postanawiamy iść na pieszo. Po kilku minutach klnąc pod nosem, że trzeba było jechać taksówką. Doszliśmy do skrzyżowania przy budowie którego zapomniano o pieszych i przejście na jakąkolwiek stronę wiązało się z nie lada przeprawą. Komunikacyjny koszmar. Na szczęście się udało i gdy wydawało się, że do Titiwangsa została nam ostatnia prosta, niebo zaciągnęło się chmurami, zrobiło się ciemno i ponuro… No tak, dawno nie padało. Profilaktycznie schowaliśmy się pod wiatą, chyba przystanku autobusowego. Na szczęście kilka minut później rozpogodziło się. Ruszamy.

Po krótkim spacerze doszliśmy do Titiwangsa, no cóż, lekkie rozczarowanie, ale nie jest źle. Chyba nasze wyobrażenie o magii tego miejsca i chęć chłonięcia jak najwięcej w ostatni dzień pobytu nakręciła nas za bardzo. Mimo wszystko jest przyjemnie. Rozpoczynamy od soczku w barze obok kortów tenisowych. Miejscowe dzieciaki właśnie zakończyły jakiś turniej, Jadzi najbardziej przypadli do gustu chłopcy ze złotym i srebrnym medalem. Nie ma totamto, trzeba dobrze wybierać ;)
Ruszamy w kierunku „obejdziemy jezioro”, po drodze mijamy wesele hinduskiej pary. Ku naszemu zdziwieniu grają bardzo przyjemną muzykę, co w ich przypadku nie zawsze jest oczywiste. To co nas trochę zadziwia to pora organizacji wesela (wczesne popołudnie) oraz miejscówka – na solidnym, wyasfaltowanym kawałku parku.

Kawałek dalej jest kolejny w KL olbrzymi plac zabaw, nie może być inaczej, spędzamy na nim ładnych kilkadziesiąt minut. I chociaż żar z nieba leje się solidn,y to nie ma czasu na chwile odpoczynku.
W końcu udaje nam się przekonać Jadzię na spacer „obejdziemy jezioro” i warto było. Z drugiej strony jeziora rozciąga się widok-panorama na to co w Kuala Lumpur jest najbardziej widowiskowe – Petronas Tower i inne wieżowce. Jeden minus – albo mgła albo smog trochę przysłonił widok. Nawet mimo tych przeciwności widok zachwycający.



Okolice Titiwangsa to miejsce piknikowych spotkań wielu malezyjskich rodzin. Jedną z atrakcji są lodziarze poruszający się na rowerach lub skuterach z lodówkami pełnymi lodów. Bardzo weekendowe miejsce.

Idąc w kierunku stacji kolejki metra natrafiamy jeszcze na dość specyficzny hinduski pochód(?), procesję(?) nie wiem sam jak to nazwać, coś co wygląda jak połączenie procesji z drogą krzyżową i paradą szkół samby. Coś niezwykle dziwnego i trochę przerażającego. Wyglądało to trochę jakby poszczególne hinduskie „parafie” szły jedna za drugą, grając na bębnach (tamtamach?) i w każdej takiej grupie prym wiodła osoba, solidnie naćpana lub w inny sposób odurzona, która poddawała się procesowi samookaleczenia lub cierpiąc inną pokutną karę – obwieszona ciężkimi kulami, łańcuchami lub innym ciężkim ustrojstwem. Wokół gwar, hałas, ogień, spazmatycznie reagujący ludzie, czasem omdlenia. Coś tak zaskakujące, że aż ciężkie do ogarnięcia, zrozumienia i opisania. Z lekkim przerażeniem postanawiamy jednak kilka minut poświęcić na obejrzenie tego spektaklu. Hałas i zgiełk jest jednak tak przytłaczający, że postanawiamy się ewakuować i odjechać do bardziej spokojnych miejsc.












A takim miejscem jest niewątpliwie Explorers Hostel. Mamy wielką przyjemność po raz kolejny skorzystać z ich uprzejmości i przed wylotem skorzystać z prysznica, internetów i innych udogodnień. Co więcej zajęli się Jadzią podczas gdy my ogarnialiśmy całą resztę. Wspaniałe miejsce.
Wykąpani, wypachnieni ruszamy w kierunku lotniska, dajemy sobie dużo czasu na spokojny dojazd, obiad i spokojne doczekanie na wylot. Finalnie stanęło na tym, że byliśmy ostatnimi pasażerami, którzy weszli na pokład, niemalże wzywani po nazwisku. Nie wiemy nawet kiedy ten czas się rozszedł. Jest jeden plus tego rozwiązania – Jadzia nie miała czasu marudzić w samolocie, a zasnęła w momencie kołowania przed startem. Dobry timing.



PS Po ostatnich zakupach na duty free wracamy do domu z miejscową walutą w kwocie 1 malezyjski dolar i 10 malezyjskich centów, w sam raz na pamiątkę.

PS 2 Przespaliśmy (Jadzia też) całą noc, 9 godzin snu, obudziliśmy się wyspani o godzinie 3 rano czasu środkowo europejskiego. To będzie długi dzień.