niedziela, 22 czerwca 2014

Dzień dobry Kuala Lumpur

Zostały nam dwa dni w Kula Lumpur, z czego jutrzejszy kończy się wylotem w kierunku domu. Zaczynamy odwiedzać atrakcje, których jeszcze nie udało nam się zobaczyć, a ponoć warto.

Zaczynamy od Batu Caves. Aby się tam dostać trzeba złapać kolejkę KTM Komuter i dojechać do końca, wygląda to jak kolejka podmiejska, ale wlecze się niesamowicie, 35-40 minut. Na plus jest cena, raptem 2RM od osoby.

Na dzień dobry wita nas olbrzymi zielony posąg, który wygląda jak skrzyżowanie miejscowego bożka z małpą, iście hinduski styl. Dalej jest jeszcze ciekawiej. Potężna, 43 metrowa, złota statua Lorda Murugan i... 272 schody do pokonania, aby zobaczyć ołtarze w jaskini Batu. Zapowiada się ciekawie.



Po raz pierwszy w Kuala Lumpur widzimy małpy, są wszędzie. Są jak gołębie na wrocławskim czy krakowskim rynku. Chciaż i tutaj gołębi nie brakuje. Już u podnóża widać, że małpy biegają po schodach, a wszyscy uprzedzają, że lubią one zabierać wodę i jedzenie z toreb osób człapiących po schodach.




Jako, iż 272 schody przed nami, to wózek zostawiamy przy jednym ze straganów. Ruszamy. Pierwszych kilkanaście schodów Jadzia "śama", później u taty na rękach. Marta idzie z aparatem i torbą z odsłoniętymi butelkami z wodą. Będzie się działo :)


Małp jest tyle, że nie wiadomo, na którą patrzeć, Jadzia dostaje małego oczopląsu, ja wylewam z siebie siódme poty wnosząc 14 kilo po schodach, a Martusia lawiruje pomiędzy małpami próbującymi zabrać jej wodę. Docieramy na górę, ufff, 272 schody za nami i... jeszcze kilka kilkadziesiąt już w samej jaskini.


Jaskinia trochę oszukiwana, bo to bardziej open space, tylko część jest zamknięta skałą od góry, a w miejscu gdzie są ołtarze ponad głowami niebo. Niestety, spodziewaiśmy się więcej, że jak pokonamy te 272 schody to zobaczymy coś, co nas porazi. A tu takie małe, niespecjalnie ładne, nawet nie wyjątkowe coś. Marna nagroda za pokonanie takiej drogi. Poszwędaliśmy się trochę i wracamy.


Zejście schodami, jest chyba jeszcze gorsze niż wejście. Schody są wąskie, ludzi dużo, nie ma się czego złapać, trzeba uważać na małpy i jeszcze utrzymać Jadzie. Chyba pierwsze czy drugie miejsce po prawie 3 tygodniach w Malezji, gdzie czujemy, że przydałoby się nosidło. Ale zabierać nosidło tylko po to, aby się dostać do Batu Caves to lekka przesada ;)


Wracamy KTM do centrum, wysiadamy na KL Sentral z planem aby się przejść po Little India. Finalnie wychodzi nam z tego spacer w kierunku China Town (dzielnicy naszego hostelu), a Little India mijamy bokiem. 

Jadzia zasypia w wózku, więc zmieniamy plany i ruszamy w kierunku KL Bird Park, po drodze mijamy jeszcze meczet narodowy. Jadzia dalej śpi, postanawiamy jej nie przeszkadzać i schodzimy do jeziora w parku Pedana Lake Gardens. Nie ma ludzi, jest mnóstwo cienia, są ławeczki i stoliki na uboczu, dlaczego by nie przyłączyć się do Jadzi i nie uciąć sobie drzemki w jakże przyjemnych okolicznościach przyrody? No właśnie, nie ma przeciwwskazań, toteż robimy południowy piknik (mamy owoce z targowiska) i ucinamy krótką drzemkę.


Po przebudzeniu całej trójki ruszamy pod KL Bird Park - do zobaczenia jest ponad 200 gatunków azjatyckich ptaków, w tym Hornbill symbol Malezji. Co istotne Bird Park, jest częścią parku, ale zakrytego siatką, tak aby ptaki nie odleciały. Ptaki żyją po swojemu, a nie w klatkach. Fajne rozwiązanie. Wejście kosztuje 48RM od dorosłego, aż takimi fanami stworzeń latających nie jesteśmy. Obieramy kierunek na przyległą do parku restaurację o nazwie Hornbill, jej taras jest częścią Bird Park, ponoć ptaki same przylatują.

I faktycznie, chwilę po tym jak usiedliśmy na tarasie, na poręczy zaczęły się pojawiać ptaki - jedni twierdzą, że to małe flamigi inni że mini czaple, przysiadł się jeszcze jeden bliżej nie zidentyfikowany z dziwnym dziobem, jeden wyglądający jak szatan z komiksów (coś jak sęp, czarno czerwony, potwornie brzydki)  i jego wysokość Hornbill. Bardzo miło z jego strony. 
Super ekstra git fajowska sprawa, zjeść obiad w towarzystwie takich ptaków. Zwłaszcza, gdy dają sobie zrobić zdjęcia i nie zabierają jedzenia z talerzy.





Jesteśmy wyspani, najedzeni i gotowi, aby w końcu zobaczyć Petronas Tower po zmierzchu i pokaz fontanny. Start pokazu zaplanowany jest na godzinę 20. 15 minut wcześniej fontanna zaczyna rozgrzewkę - tryska woda, jest ona podświetlana, bez muzyki. Wygląda to słabo, jeżeli tak będzie wyglądał pokaz, to strata czasu, we Wrocławiu lepiej dają czadu na Pergoli. Zaczyna powoli zmierzchać, im ciemniej tym Petronasy wyglądają coraz efektowniej. Są podświetlane z boków oraz od 
wewnątrz. Coś pięknego.


Wybija godzina 20. Fontanna przestaje tłoczyć wodę, jest już ciemno, a po chwili zaczyna się show.
Woda, dźwięk i kolory tworzą tak bardzo spójną całość, że przyjenie ogląda się to widowisko. To co było na rozgrzewce fontanny nijak ma się do tego co widać teraz. Wykonano dwa różne przedstawienia, po 4-5 minut każde. Jedno pod utwór orkiestry, drugi jakąś lokalną "Dumkę na dwa serca". Super. Godzina 20:10 wszyscy się rozchodzą, my również.