niedziela, 14 grudnia 2014

Portugal - dzień 5 - miała być Coimbra

Szanowni państwo właściciele postarali się, aby śniadanie wyglądało jak śniadanie. Wzorcowe, podane chyba na weselnej zastawie. Zapachniało portugalskim wersalem. Przy okazji okazało się, że oprócz nas są jeszcze co najmniej 2 inne pary. Nabieram podejrzeń, że w tym pensjonacie dzieją się co najmniej dziwne rzeczy, z zakrzywianiem czasoprzestrzeni na czele ;)


Ogółem plan jest taki, aby zobaczyć Coimbrę. 
Bądź co bądź pierwsza stolica, trzecie co do wielkości miasto, dawna siedziba monarchów, przepiękny budynek uniwersytetu, rejs po rzece Mondego....

Finalnie, wsiadamy w samochód i jedziemy do Porto :)
Doszliśmy do wniosku, że czasu to nam za wiele nie zostało.

Miejsce noclegowe w Porto zostało zaklepane kilka dni przed wyjazdem. Jak nigdy. Mało tego, padło na hotel - Pao de Acucar. Ostatnie piętro, wyjście na taras, z widokiem na pokryte dachówką dachy okolicznych kamienic (jak okiem sięgnąć), po prawej stronie króluje wieża Camara Municipal do Porto. Najważniejsze, że za rogiem jest ZAZA, ale o tym później.



Cel na dziś? Zobaczyć i spróbować jak najwięcej.
Obieramy kierunek na most Ponte Luís I – dwukondygnacyjny, 45 metrowy stalowy most. Jeden z symboli miasta. Po drodze mamy przyjemność zobaczyć z bliska Avenida dos Aliados, Praca de Liberdade, dworzec Sao Bento. Ale to co robi wrażenie to most. Sam w sobie i widok z niego.




Po prawej kolorowa Cais Ribeira, po lewej winiarnie, na wprost rzeka mieniąca się w słońcu. Dla takiego widoku, można by nawet zamieszkać pod mostem. Tym mostem. To co jest jeszcze interesujące po naszej lewej stronie to  kolejka linowa, i takiej okazji nie można przegapić. Bilet kosztuje kilka euro i uprawnia do przejazdu w jedną stronę oraz jednego kieliszka porto w okolicznej winiarni. Fajnie :)




Widoki z kolejki również fajne. Wagonik mknie nad dachami niskich budynków pokrytych klasyczną pomarańczową dachówką. Z drugiej strony rozciąga się widok na rzekę i deptak. Strasznie kolorowo.


Przy dolnej stacji kolejki znajduje się plac zabaw, więc dla każdego coś miłego, szkoda tylko, że plac zabaw nie jest przy winiarni w której można zrealizować bilet ;)


Leniwie spacerowym krokiem ruszamy w kierunku mostu i drugiej strony rzeki. Po obu stronach koryta rzeki Douro stragany z bibelotami, ceny lekko zawyżone, ale nie kosmiczne. 
Docieramy w końcu do ciągu kawiarni i restauracji. Zaskakująco pusto. W kawiarniach pojedyncze miejsca są zajęte, w restauracjach niemiłosierne pustki. Stąd wybór miejsca na obiadokolację staje się lekko problematyczny. 

W tak zwanym międzyczasie zapada zmrok. Idealnie. Spacer po obiedzie będzie na najbliższy punkt widokowy. I wszystko byłoby super, gdyby po drodze nie było 150 tysięcy schodów i konieczności tachania wózka pod pachą. Ale nie ma co narzekać, widok pozwala zapomnieć o niedogodnościach, chociaż sam punkt widokowy po zmroku jest, delikatnie mówiąc, słabo oświetlony i straszy.


O ile punkt widokowy był opustoszały, o tyle Avenida dos Aliados tętniła życiem i przedświąteczno-niedzielną atmosferą. W kilku miejscach deptaku ustawiono instalacje artystyczne, a może raczej wielkie instrumenty muzyczne, na których można było zagrać w kilka osób. Świetna sprawa, bawiły się głównie dzieciaki i Koszyk :)



Będąc już pod hotelem postanawiamy jeszcze na chwilę wstąpić do wspomnianej Zazy. 
Zaza, czyli miejsce z przekąskami i zacnym zaopatrzeniem w krajowe wyroby alkoholowe. Ostatni wieczór, ostatnia noc, ostatnia szansa na degustacje :)