sobota, 13 grudnia 2014

Portugal - dzień 4, dalej się nie da i dalej w drodze.

Dzisiejszy dzień mamy mieć dość intensywny, przynajniej tak nam się wydaje.
Rozpoczynamy z wysokiego C - śniadaniem ;)

Zatrzymaliśmy się w hostelu Wallis Guest House II i zaprezentujemy kilka zdań o nim.
Koszt 20 euro za noc. Tanio. Dostaliśmy duży, przestronny pokój, jeden z bodajże 9, duże podwójne łózko i kilka ręczników do wykorzystania. Czystko, całkiem stylowo. Do dyspozycji kuchnia i "zdobyte" miejsce w lodówce. W kuchni naczynia (talerze, kubki) i podstawowe sztućce są jednorazowe. Może to nie jest szczyt elegancji i klasy, ale przynajmniej wiadomo że czyste i nie trzeba zmywać. Do dyspozycji czajnik, mikrofala i kuchenka z piekarnikiem, do tego kilka (powinno być więcej) garnków i patelnia. Wystarczająca ilość, aby sobie przygotować posiłki samemu. No i może krzeseł przy stole mogłoby być więcej. Gdyby ktoś pytał, to polecamy.

Opuszczamy Lizbonę, kierunek zachód. Na do widzenia Lizbonie podjeżdżamy w miejsce wczorajszego spaceru, na górę, kończącą park Edwarda VII, aby za dnia, w pełnym słońcu raz jeszcze zobaczyć całe to piękno.



Kierunek zachód, Cabo da Roca, przylądek Roca. Najbardziej na zachód wysunięty punkt kontynentalnej Europy. Wygląda trochę jak koniec świata, wielki klif w prawo, wielki klif w lewo, a przed nim bezkres oceanu. Do tego wieje tak, że łeb urywa. Wieje tak moco, że Jadzia w czapce, kapturze i jeszcze zasłaniana przez nas jest mocno zdegustowana tym miejscem. A miejsce, za którym przez długo, długo nic nie ma, ma swój wdzięk i urok. Wyjątkowość tego miejsca czuć.




Mamy dużo szczęścia, bo razem z nami jest kilka osób, po kwadransie podjeżdżają 3 autobusy. Czar miejsca powoli pryska pod natłokiem turystów, ale staramy się łapać chwile i to co nas otacza, zajmujemy więc miejsce z widokiem w jedynej w tym miejscu kawiarni. Pod rozgrzewającą herbatę wpada tarta z sosem custard. Niestety, III liga względem tego co jedliśmy w Belem.

Punkt drugi dzisiejszej wycieczki, to oddalona o mniej więcej 20 kilometrów od Cabo da Roca miejscowość Sintra. Mam wrażenie, że z jednaj strony Sintra jest obrazem czyjejś mocno odbiegającej od norm kiczowatej wyobraźni, z drugiej strony jest błogo zielono, przytulnie i przyjemnie. Rodem z filmów klasy C, z miejscowością w której niby wszystko jest i wygląda ok, ale po zmroku dzieją się dantejskie sceny ;)

Dawno, dawno temu elita arystokracji, poeci i innej maści artyści, we współpracy z bardzo majętnymi, często ekscentrycznymi, przedsiębiorcami. Zamki, pałace, wieże, domki które powstawały w przeciągu ostatnich kilkuset lat tworzą spójną, trochę oderwaną od siebie i rzeczywistości całość, chociaż wygląda to specyficznie.

Jednym z ważniejszych punktów odwiedzin Sintry powinno być odwiedzenie kawiarni Pariquita. Po sezonie znaleźć wolny stolik się da, chociaż obłożenie jest znaczne. W sezonie chyba jest z tym problem, bo przy wejściu usytuowany jest automat biletowy sterujący ruchem osobowym :)

Co warto zamówić? Queijadas - na pewno, jako najsłynniejszy miejscowy wyrób. Queijadas to, niewiedzieć dlaczego nazywane, serniki - małe, słodkie ciastka z masą z jaj, mleka i cynamonu zapieczone w chrupiącym cieście. W kawiarni, oprócz tego, można zamówić jeszcze kilkadziesiąt różnych, mniej lub bardziej wyszukanych słodkości i innych smakołyków. O ile wystrój i klimat panujący wewnątrz kawiarni nie porywa to wypieki są pierwsza klasa.




Dzień mija wyjątkowo leniwie, spacer po Sintrze powoli czas kończyć, gdyż dziś musimy dojechać do miejscowości Coimbra, mniej więcej 100 km na południe od Porto, względnie po drodze jest jeszcze miejscowość Nazare, i to jest nasz punkt trzeci dzisiejszej wycieczki.

Do Nazare docieramy na późną obiadokolację, jest jeszcze na tyle jasno, że mamy możliwość podziwiać plażę i deptak wzdłuż niej (deja vu - jak na Maderze) no i chyba największą atrakcję - 110 metrowy klif i torowisko szynowej kolejki linowej, które biegnie po nim. Co do plaży - uchodzi ona za jedną z najbardziej hałaśliwych, jednak fale które się na niej rozbijają, mmmm.. solidne.

Nazare po/przed sezonem w godzinach wieczornych nie wygląda zachęcająco, kafejki i restauracje mimo iż otwarte wyglądają smutno, bez polotu i życia. Mieszańców i przyjezdnych jak na lekarstwo.




Wybieramy knajpę, w której była chociaż garstka ludzi, mimo to czujemy się jakbyśmy byli niepożądani i przeszkadzali obsłudze w rozmyślaniach nad sprawami poważnymi.  

Obsługa marna, jedzenie nie lepsze, jak na złość nawet słońce poszło spać i z planów obejrzenia zachodu słońca i jeszcze jednego łypnięcia okiem na okolicę nie wyszło nic. Szkoda, bo mimo wszystko ładnie tutaj. Pakujemy się - kierunek Coimbra, tam powinno być lepiej.

Niestety nie było, przynajmniej na początku. Opis dojazdu do hostelu był fatalny, a przetłumaczony przez obsługę hostelu z użyciem google translatora był przerażający. Rozmowa telefoniczna też trochę utrudniona, bo nie mówią po angielsku. W końcu przez szwagra brata siostry wujka brata stryjecznego udało nam się ustalić szczegóły. Jesteśmy na miejscu. Hostel okazał się bardziej pensjonatem - z zewnątrz skromna willa od wewnątrz i ogrodu potężna chałupa i przemili właściciele. 

Chyba ze względu na Jadzię dostajemy pokój na samym końcu końca korytarza, ale przynajmniej z własną łazienką. Na wyposażeniu klimatyzacja. I całe szczęście bo było czym dogrzewać pokój. Zimno jak jasna cholera. Na zewnątrz około 8-10 stopni, mamy wrażenie że w środku również. 
Dzień pełen wrażeń, mnóstwo atrakcji, dogrzewające słońce za dnia i masa kilometrów za nami. Będzie się dobrze spało.