piątek, 17 lipca 2009

Boa Vista, czyli Cabo Verde welcome to!


Wyspy Zielonego Przylądka - dzień 3.
Wylądowaliśmy. Właściwie bez przygód, mieliśmy międzylądowanie na wyspie BoaVista, następnie polecieliśmy na właściwy dla nas port, czyli na wyspę Sal. Tam handback kapitana Selmy juz na nas czekał wraz z miłym panem, właścicielem ciekawego Aluguar (miejscowe taxi) - ciekawe bo był to busik, wypchany w środku pluszem i dużą ilością czerwonej skóry. Dodatkowo pan miał odtwarzacz DVD, na którym wyświetlał nam miejscowa muzykę. Folklor jak się patrzy :)

Przejechaliśmy do Palmeiras, gdzie czekała już na nas zakotwiczone Selma. Tutaj nie ma właściwie portów, ponoć tylko na jednej wyspie, której jeszcze nie uświadczyliśmy  Szybki prawie, że przelot dingy na Selme i juz siedzieliśmy z piwem w ręku w naszym obozowisku :)

Przez pierwsze dwa dni towarzysza nam Francuzi  - Singrid i Rafael, bardzo mili, ona pracuje w Senegalu, zajmuje się kultura, on przyjechał do niej na wakacje z Francji. Dzisiaj dostarczyliśmy ich na BoaVosta, skąd lecą do domu. I własnie -  wczoraj płynęliśmy 10 godzin oceanem żeby dostać się na druga na naszej mapie wyspę - BoaViste. Tutaj wciąż nie ma zbyt wiele do oglądania. Według legendy jest to kawałek Sahary, który się oderwał od właściwego lądu. Stad tez pustynie, góry i od czasu do czasu oazy. Ponoć na tej wyspie znajdują się najpiękniejsze plaże Cabo Verde oraz wylęgarnie żółwi - te jednak ukazują się jedynie wieczorami, a niestety dzisiaj w nocy wychodzimy na Santiago (w planach 12 godzin żeglugi  by moc jutro wylądować w stolicy, Praia). Ludzie są tu bardzo sympatyczni - każdy się wita, pyta skąd jesteśmy a potem zaprasza nas do swojego sklepiku. Nie wiedza jeszcze jak mogliby wykorzystywać turystów - na szczęście  Wokół Sal Rei (miejscowość, w której teraz jesteśmy jest sam piasek i mnóstwo napoczętych budów - niedługo będzie z tego kolejny masowy kompleks turystyczny. Poniżej kilka zdjęć  a my dalej lecimy w to słońce niewyobrażalne..