piątek, 14 sierpnia 2009

Mindelo - tu trzeba wrócić

Następne było São Vicente, czyli z portugalskiego święty Wincenty, na którego z Fogo płynęliśmy 20 godzin i oczywiście na naszą kajutę znowu przypadła wachta nocna, od północy do czwartej rano. Tak się jakoś siły na jachcie już rozłożyły, że zawsze jak płyniemy nocą to udaje się nam mieć wachtę, albo jak mamy całodzienne wycieczki i trzeba wstać dość wcześnie to mamy kambuz i trzeba przygotowywać dla wszystkich śniadanie :) Takie zrządzenie losu :)


São Vicente to jedna z Wysp Zawietrznych, czyli z północnej grupy wysp Archipelagu Wysp Zielonego Przylądka. Od wschodu do zachodu mierzy 24 km, a z północy na południe nie więcej niż 16 km. São Vicente zostało odkryte w dzień świętego Wincentego 22 stycznia 1462 roku.  Ze względu na brak wody, wyspa była początkowo wykorzystywana tylko jako pastwisko dla bydła przez mieszkańców sąsiedniej wyspy Santo Antão. Do połowy XIX wieku pozostawała praktycznie niezamieszkana. Jedynie gdy w 1838 utworzono skład węgla w Porto Grande do zaopatrywania statków płynących po szlakach na Atlantyku, populacja wyspy zaczęła gwałtownie wzrastać. Z braku opadów i zasobów naturalnych gospodarka São Vicente opiera się głównie na handlu i usługach.




Tutaj odwiedziliśmy jedynie Mindelo i to też niezbyt je eksplorując. W Mindelo po raz pierwszy i ostatni spotkaliśmy się z portem z prawdziwego zdarzenia: z keją, na którą mogliśmy spokojnie zejść po drabince, bez konieczności stania na kotwicy i płynięcia dingy do brzegu, ze słodką wodą i hotspotem, i z rachunkiem na 100 Euro za dobę :) Dwie noce, które spędziliśmy w Mindelo były jedynymi, kiedy nie bujało, a jedynie delikatnie kołysało jachtem :) Chociaż w Mindelo urodziła się Cesaria Evora i planowo mieliśmy zobaczyć jak mieszkać, to niestety udało nam się jedynie uzupełnić w miejscowych sklepach zapasy jedzenia na Selmie oraz odwiedzić miejscową knajpkę, z nadzieją na lokalne jedzenie. Niestety w tym przypadku właściciel próbował dorównać standardom europejskim, co ostatecznie zakończyło się katastrofą żywieniową. No może katastrofa to zbyt wylewne określenie, ale jak na możliwości kuchni kabowerdyjskiej, którą już mieliśmy okazję próbować, to rewelacji nie było.

Stąd z Mindelo mamy jedynie zdjęcia gdy wpływaliśmy do portu.. Jest to kolejny powód, poza budowaniem studni, aby wrócić z powrotem na Cabo Verde :)





Co czasami było dla nas przerażające, to fakt, że tutaj niezależnie od tego jak knajpka nie byłaby zapchana, to zawsze, ale to zawsze znajdą się miejsca dla "białych przyjaciół". Tubylcy za każdym razem są uprzejmie wypraszani, a turystom wręczane są karty dań w wersji na turystów. Nawet jak jedzie aluger (miejscowe taxi - pick up z ławeczkami na pace, normalnie mieści się tam 8 osób, w warunkach kabowerdyjskich przewozi się nawet 15) wypchany po brzegi, wystarczy krzyknąć kierowcy, żeby w drodze powrotnej zabrał Ciebie z danego miejsca - od razu wyprasza dotychczasowych pasażerów, by za chwilę jechać w innym kierunku ze swoim "białym przyjacielem".

Z Mindelo codziennie wypływają promy na Santo Antao - skorzystamy i my - następnego dnia o 8:00 wyruszamy na eksplorację kolejnej wyspy.

Jeszcze ciekawostki statystyczne dot. Sao Vicente:
Liczba ludności São Vicente wg spisu z 2000 wynosiła 67 163, z czego 4 174 to ludność wiejska, c sprawia, że jest to druga co do ludności wyspa Republiki Zielonego Przylądka.
Na obszarach miejskich żyje 94% ludności i jest to najwyższy odsetek w kraju (wskaźnik krajowy to 54%).
Średnia długość życia wynosi 62 lata dla mężczyzn i 65 dla kobiet, więcej niż w innych częściach Afryki.
Większość populacji jest młoda: 66% ma mniej niż 30 lat, a 8,6% to ludność powyżej 60 lat. Na wyspie jest 16 000 rodzin o średnio czterech osobach na gospodarstwo domowe (średnia dla kraju to 5 osób na gospodarstwo domowe).
W domach żyje 56% rodzin, pozostałe 30% mieszka w kiepskich warunkach.
Tylko 11% rodzin posiada swój samochód (7,4% na poziomie kraju).