środa, 16 marca 2011

Hoi An czyli podróbkowy raj

W Hoi An zameldowaliśmy się w poniedziałek koło południa. 4 godzinna podróż z Hue przebiegła bezproblemowo. Jako, iż dzień wydawał się stracony, postanowiliśmy się poszwendać trochę po mieście. Zaliczyliśmy godzinną podróż po rzece - całkiem spoko.







Po rejsie ruszliśmy przed siebie.

- Witam, zapraszam, może chcecie buty, jedynie 15$!
- Hm, czemu nie.
- Proszę usiąść i przejrzeć katalogi, w ciagu 24 godzin buty będą do odbioru.
- Że co?
- Proszę wybrać fason, materiał a ja uszyje te buty w ciagu 24 godzin

Mniej więcej tak wyglądała rozmowa z panią która sprzedaje buty w Hoi An.
Więcej! Babka zobaczyła rozklekotane, ulubione tramposze Marty i zaproponowała, że zrobi takie same, również w ciągu 24 godzin. Zrobiła dokładnie takie same. Szacunek.



Przez całe miasto ciągną się sklepy odzież/obuwie/torby/plecaki/garsonki/kiece - słowem, wszystko to co da się na siebie założyć. I o tym wiedzieliśmy, nie wiedzieliśmy jednak jak to wygląda.Wybiera się kiecę z żurnala, płaci zaliczkę i dzień później odbiera się kiecę skrojoną na miarę. Pełen profesjonalizm.

Hoi An jest małym miasteczkiem, żyjącym z podróbek i wożenia turystów po rzece. Około 5 km od miasta jest bardzo fajna plaża. Wypożyczyliśmy zatem rowery dwa i udaliśmy się nad morze. Spędziliśmy tam kilka godzin, z których znakomitą część w cieniu parasola. Jednak jak patrzymy teraz na nasze spalone słońcem twarze, nogi i ręce wiemy, że trzeba było się z pod parasola nie wychylać. Trochę piecze, ale dzień relaksu nam się przydał.



Na środę mamy zaplanowaną wycieczkę do My Son, oglądać wietnamski Angkor Wat. Zobaczymy co to będzie. O 18 natomiast wsiadamy w autobus sypialny i jedziemy (12 godzin!) do Nha Trang. W Nha Trang będzie za nami już z milion kilometrów.