czwartek, 17 marca 2011

Nha Trang, i już

My Son, czyli wietnamski Angkor Wat, jest prawie jak ten w Kambodży. Prawie robi jednak wielką różnicę. Małe, średnio zadbane (chociaż coś się tam zaczyna dziać). Ciekawe, ale szału nie ma. Warte jednak wycieczki za 5$.

Krótko o My Son: to umieszczony pośrodku niczego, a właściwie pośrodku przyjemnie rozbrzmiewającej dżungli kompleks świątyń, służących niegdyś za sanktuaria religijne Czamów - ludów żyjących na terenach Centralnego Wietnamu między IV a XV wiekiem n.e. Tereny te, po zajęciu przez Wietnamczyków podupadły i zostały wchłonięte przez dżungle, dopiero pod koniec XIX wieku odnaleźli je Francuzi, a w latach 80' zostały odrestaurowane przez... polskich konserwatorów pod kierownictwem Kazika Kwiatkowskiego, który ponoć doczekał się tutaj nawet pomnika! Niestety go nie widzieliśmy, ale cała ta historia dowodzi jednemu - Polacy są wszędzie :)


Powrót z My Son łodzią do Hoi An w drobnym deszczu, wiec najwiekszą atrakcją było około 10 miesięczne dziecko, które z rodzicami, ciocią (?), wujkiem (?) i dziadkami (?) też podróżowało po Wietnamie.

Z Hoi An do Nha Trang, w którym właśnie przebywamy, transportowaliśmy się sleeping busem. To jest dopiero przeżycie. W autobusie 3 dwupiętrowe rzędy pojedynczych fotelo-łóżek, a na przodzie i tyle potrójne legowiska.


Na szerokość ciasno, na długość ciasno jak diabli. Nogi non stop zgięte, lub trochę nienaturalnie wykręcone, jedna ręka non stop wystawała na wąziutki korytarzyk. Szczegóły widać na załączonym materiale wideo ;)

video

Ok, niby do przeżycia, jednak podróż trwała 12 godzin, a na korytarzykach (na zdjęciu wyżej widać na ziemi wąskie materace) powciskali jeszcze paru Wietnamczyków! Pewnie kierowcy wzięli ich na lewo, ot tak zwana fucha im się trafiła, jednak na nasz komfort jazdy wpłynęła znacznie - byli to nasi bezpośredni sąsiedzi na całą noc... No cóż, jesteśmy w Wietnamie.

Nha Trang, tak jak połowa odwiedzonych miejsc, też nie jest dla nas łaskawa. Przez pierwszą część dnia padało, druga część dnia już bez deszczu, ale słońca również nie było. Drugą część dnia spędziliśmy na plaży. Bardzo udanej plaży, na której swój bieg kończą potężne fale, jutro spróbujemy sprawdzić kto jest twardszy: my czy one ;)




Na jutro mamy zaplanowaną wycieczkę w okolice Vinpearl, miejscowa odpowiedź na Disneyland, jednak dla nas nie to jest atrakcją. Atrakcją ma być przejażdżka ponoć najdłuższą kolejką linową nad morzem. Kolejkę widać z plaży, a mamy tam dobre 3 kilometry. Robi wrażenie. Jutro się przekonamy jak wielkie.

W uzupełnieniu do poprzedniego wpisu. Za nami około 2400 km. Pozostaje jeszcze +/- 1100 + przelot z Ho Chi Minh (Sajgon) do Ha Noi.

I na koniec pozdrowienia z plaży w Nha Trang :)