poniedziałek, 7 marca 2011

Sapa

Jesteśmy w Sapa. Wedle zapewnień piękna okolica, góry, tarasy ryżowe, oh i ah. Wszystko fajnie gdyby nie mgła. Nie widać prawie nic, +/- 40 metrów widoczności. Siedzimy w knajpie, popijamy miejscowy średniej jakości browar o nazwie Lao Cai. Zimno, mglisto i mżawka. Zatrzymaliśmy się w hotelu Cat Cat, 20$ za 2 osoby. 8 piętro, nie wiem jakim cudem coś takiego postawili tutaj, ale jest 8 piętro. Mamy nadzieję, że po opadnięciu mgły jutro rano zastanie nas mega widok. Do Sapa dostaliśmy się busem z Lao Cai (10$), a do Lao Cai z Ha Noi nocnym pociągiem, wybraliśy opcję hard sleeper (36$). Spaliśmy jak zabici.

Ale wcześniej było Ha Noi:
W Ha Noi wylądowaliśmy około 11 czasu miejscowego, załatwienie wizy, odebranie bagażu i autobusem do miasta (4$). Autobus miał jechać min. pod dworcem, ale jak się później okazało każdego zapewniali ze autobus jedzie właśnie tam gdzie się chce wysiąść. Ruszyliśmy zatem z buta na dworzec. Trochę nam to zajęło. Kupiliśmy bilety, zostawiliśmy plecaki i z powrotem do miasta. Mieliśmy kilka godzin do odjazdu, o kilka godzin za dużo. Ha Noi - dramat. Ciasne, małe, brudne, hałaśliwe, bez ładu i składu. Niby wszystko i nic. Jak na stolicę to słabo. Nie ma miejsca co by sobie usiąść w ciszy, coś zjeść i wypić, na każdej nawet najmniejszej uliczce słychać klakson. A raczej całe stado klaksonów. Mocno nam do gustu nie przypadło, i zastanawiamy się, co by tu zrobić aby tam nie wracać.

Kilka fot ze stolicy:








A więc siedzimy sobie w Sapa, czekamy na poprawę pogody, plan na jutro to zobaczyć okoliczne wioski, albo zobaczyć cokolwiek, gdy mgła opadnie. Bo mgła jest pokaźna, co widać za oknem naszego pokoju: