sobota, 6 sierpnia 2011

Svalbard dzień 7 - niedziela

Zatoczka Poolepynten przywitała nas mgłą, dużą, ciężką, lepką mgłą. I na tę chwilę, zatoczka miała jedną zaletę, dało się w niej schować przed falami i wiatrem. Przestało wściekle bujać, a my przestaliśmy wypadać z koi ;)

Morsy się nie pojawiły. I mimo, iż kilka razy komuś coś się pojawiło/przesunęło na lądzie, to nadal, to nie były morsy. Szkoda, jednak mamy jeszcze czas, może się pokażą. Ze statystyk wynikało, że na 4 z 5 przypłynięć Spirita do Poolepynten były morsy. Szkoda by było taką dobrą statystykę zepsuć.

Prognoza pogody i to co sami widzieliśmy nie napawało optymizmem. To był dzień czystego lenistwa, książki, płyty, muzyka, koncerty rzucane na plazmę. Ol inkluziw, proszę szanownej wycieczki.

Dzień mijał, a morsów jak nie było tak nie było. Koło 2100 obrano kierunek na NY Alesund. Z Poolypynten żegnamy się w nie najlepszych stosunkach – ale tylko i wyłącznie za sprawą morsów. Bo cała reszta była bardzo w porządku.