sobota, 6 sierpnia 2011

Svalbard dzień 8 – poniedziałek

Miało być śniadanie w NY Alesund, było śniadanie w zatoczce Trinityhanna w Magdalenefjorden, 20 mil dalej na północ. W nocy wiało na tyle fajnie, że nie było sensu zatrzymywać się w NY Alesund. Magdalenefjorden to jedno z 2 najczęściej odwiedzanych miejsc na Spoitzbergenie, tym drugim miejscem jest Longyearbyen. Magdalenefjorden jest małym urokliwym fiordem, są w nim dwa wspaniałe lodowce Gullybreen i Waggonwaybreen.


Na miejscu, w zatoczce już stała Panorama (wyglądała jakby przypłynęła niedługo przed nami), dwa inne jachty oraz motorówka Sysselmanów – faceci w „sezonie” co daje jakieś 2 miesiące w roku mieszkają w malutkim husie, pływają malutką motorówką po malutkim fiordzie. Ale ogółem pilnują, aby nic złego się Spitsbergenowi nie stało.

Śniadanie było z widokiem na Waggonwaybreen, po nim krótka drzemka i mały trip na lodowiec Gullybreen. Desant na ląd tym razem wzorcowy, z tymże od razu zaatakowała nas rybitwa popielata. Mały, piszczące, latające tuż nad głowami ptaszysko. Z drugiej strony bardzo ładne, mimo wszystko jednak upierdliwe ;)



Do lodowca około godziny drogi po kamieniach i piachu. Dopiero przy samym lodowcu zrobiło się grząsko, na tyle grząsko, że kilka osób wpadło powyżej linii kostek. Było to zabawne dopóki sami tak nie wpadliśmy. Sam lodowiec, a w zasadzie jego czoło robi wrażenie, duży, błękitnawy w kolorze, przyćmiewający wszystko, co znajduje się w okolicy. Udało nam się zobaczyć jak się dwa razy cielił, z tym, że to, co odpadało było małe, jednak huk i hałas temu towarzyszący robi wrażenie.




Wracając na Spirita spotkaliśmy grupę desantową z Panoramy, a dowodzący nią Pan Jacek przypomniał jak to było kilka lat temu, jak tu byliśmy.

Późnym popołudniem odwiedziliśmy ornitologów z Uniwersytetu Gdańskiego, którzy rozbili swoją bazę (namioty) po drugiej stronie Magdalenefjorden. Bardzo sympatyczni ludzie, opowiadali co i jak robią. Prawdziwe hardcory. Dowiedzieliśmy się trochę o alczykach, mewie szarej, rybitwie popielatej i o misiach, które w zasadzie codziennie koło ich namiotów przechodzą. Szkoda, że koło nas nie przechodzą chociaż co 3 dni. No, ale nie można mieć wszystkiego.





Jest decyzja, około północy startujemy w kierunku NY Alesund, po drodze zahaczając o kolejne magiczne miejsca.

Aha w końcu udało nam się ułożyć napis. Włala: