czwartek, 20 czerwca 2013

Stuttgart

//komentarz do zdjęć (gdyby kogoś zainteresowała niecodzienna buzia Jadzi): drugiego dnia pobytu Jadzia wyjątkowo zaprzyjaźniła się z kotkiem, u którego pomieszkiwaliśmy, kotek nie do końca tą przyjaźń rozumiał i oto efekty..

Centrum Stuttgartu daje dużo możliwości łażenia/zwiedzania/szwendania się. W naszym odczuciu jest miastem komunikacyjnie super rozwiązanym. Pomieszkujemy na obrzeżach, ale dojazd do ścisłego centrum jest bardzo dobry. Można podjechać autobusem, S-Bahn  czyli kolejka ”przerośnięty tramwaj” (pod)miejska a w mieście do dyspozycji jest jeszcze U-Bahn (metro). Mimo to pozycją obowiązkową jest Zahnradbahn – bodajże jeden z czterech które są w Niemczech i jedynym który nie jest tylko atrakcją turystyczna, ale też spełnia swoją funkcję przewozu pasażerskiego. Zahnradbahn to kolej zębata, a doprecyzowując – tramwaj, z zębatkami pod podwoziem, które „toczą się” (i przy okazji napędzają pojazd) po szynie zębatej umieszczonej pośrodku toru. Jadąc S-bahnem albo Zahnradbahnem można podziwiać stare miasto Stuttgartu. Jedzie się po wzgórzach otaczających dolinę w której znajduje się centrum. Przy dobrej pogodzie, a tej nie brakuje widoki są super.


A w centrum też wiadomo gdzie się udać - Königstraße oraz Schloßplatz. W tych miejscach jest co robić. A i nakarmić dziecko również. Jadzia jest też jeszcze na etapie papek – kaszka (woda z termosu + kaszka z osobnego pojemnika + zwykła mineralna do schłodzenia) oraz owoce (świeże albo ze słoiczka). Takie danie można podać w zasadzie wszędzie. Najlepiej nam to wychodziło na zwykłych ławkach.  My mieliśmy miejsce, żeby się rozłożyć, Jadzia miała podpórkę i jednocześnie zajęcie rąk.





Dni mijają nam odkrywaniu na nowo zakątków Stuttgartu. Temperatura, jakby sam szatan ustawiał, blisko 40 stopni w cieniu. Od samego rana do wieczornych solidnych burz, po których zaczynało się drugie życie.
Stuttgart jak to Stuttgart, dużo ludzi, patrząc z boku, duże tempo. Widać, że ludzie się spieszą. A my a to sobie wejdziemy do zabawkowego, a to przycupniemy na trawce, a to przejdziemy się do parku oglądać żaby.






Oczywiście zakupy też były, ale różnicy pomiędzy tym co w naszych sklepach, a tym co w Stt w zasadzie nie ma. Chociaż takich małych różowych okularów w Polsce nie widziałem ;)


Pozycja niemalże obowiązkowa to wizyta w Metzingen, czyli outletcity. Nie nie, nie pojedynczym outlecie jak to u nas bywa, w miasteczku w którym są same outlety. Od tych straganowych, pospolitych marek po te ą i ę razem wzięte.  Tak ą i ę, że nawet po co najmniej jednej przecenie cena jest zawrotna. Ale parę rzeczy udało się wyrwać, więc wyjazd można uznać za udany.