wtorek, 3 czerwca 2014

Koszyki w Kuala Lumpur

Lądujemy o czasie, lotnisko nie tak duże jak to w Paryżu, ale klimatyzowane. Odziani jeszcze w długie spodnie czujemy się względnie komfortowo.
Mniej komfortowe jest oczekiwanie w kolejce do odprawy paszportowej. Idzie jak krew z nosa. Paszport, seria pytań po co, na jak długo i jaki sposób powrotu. Na koniec skan paluchów i wklejenie wizy.

Odbiór bagaży, dość specyficzny, aż musieliśmy sie upewnić. Odbiór na drugim terminalu, na który dowozi darmowa kolejka. Wejście do kolejki względnie futurystyczne. (Prawdopodobnie) ze względów bezpieczeństwa torowiska schowane są za przeszklonymi ścianami z przesuwanymi drzwiami w miejscach, w których są drzwi do wagoników. Nie ma opcji, aby spaść na torowisko.


Do miasta postanawiamy dotrzeć kolejką. Ekspresem. 70 RM (Ringgit Malezyjski, prawie 1 pln) za 2 dorosłe, Jadzia za darmo, ponoć taxi kosztuje 80-100, ale aż się wierzyć nie chce. No a poza tym taniej kolejką. Klimatyzowaną, elegancką. Pędzi jak szalona, jedzie dużo szybciej niż samochody na równoległej 3 pasmówce. Wysiadamy na Sentral Station, skąd łapiemy kolejkę o wdzięcznej nazwie Rapid i jedziemy jeden przystanek na Pasar Seni. Koszt - 2 RM.

Kończy się klimatyzowane, plecaki włóż i marszem do hostelu. Pieszo jakieś 10 minut. Przejście przez ulicę trochę kłopotlwe, z kilku względów. Przechodzi się inaczej niż w Wietnamie, to pewne. Nie za bardzo jest w tym jakaś logika, ruch jest lewostronny, więc auta nadjeżdżają z innej strony niż się człek spodziewa, światła dla pieszych są, ale nie działają. Wesoło. Ale przechodzimy w jednym kawałku. Czek in w hostelu, odbiór pokoju i małe zdziwienie, nie ma okna :)

Klasyka gatunku, niby pisali o tym w przewodnikach, że często w hostelach nie ma okien, ale dopóki się tego nie zobaczy, to nie dociera. Pocieszająca jest chociaż cena, jedna z najniższych jakie udało nam się znaleźć 82RM za pokój za noc. No i nie robią problemów, że jest Jadzia. A to też się zdarza w tych rejonach. Zakwaterowanie mamy w China Town, w hostelu Explorer, umiarkowany, czysty z bardzo miłą obsługą, zgodny z opisem i co najważniejsze bez bed bugs, czyli pluskiew.

Szybki rekonesans i na kolację ruszamy do Central Market. Po drodze przechodzimy przez targowisko różności - herbatki na wszytsko, owoce, warzywa, magnesy (nawet z Amsterdamu i Nowego Jorku), sprzęt elektro (w tym głośniki-fontanny), ubrania i inne pierdoły.

Każdy jeden zaczepia Jadzię. Trochę przerażające, ale chyba więcej strachu u nas niż u Jadzi. Ludzie bardzo otwarci i przyjaźni.

W końcu lądujemy w polecanej knajpie. Na stół wpada smażony makaron z kurczakiem w sosie sojowym i kurczak z czymś tam. Makaron super, kurczak niekoniecznie. W drodze powrotnej kupujemy jeszcze mango, banany i próbujemy mango coś tam (nie usłyszeliśmy nazwy) smakowało jak... kurczak... no dobra smakowało jak.. hm.. lekko kwaskowo, ale dobrze ;)






Wracamy do hostelu, mleko, szybki prysznic dla Jadzi i... wszyscy obudziliśmy się rano.
Byliśmy tak zmęczeni, że padliśmy razem z Jadzią.

Aha, wodę na mleko poddałem obróbce terminczej z wykorzystaniem grzałki, z której połowa się śmiała, a druga połowa niedowierzała.