poniedziałek, 9 czerwca 2014

Melaka za dnia

Dnia wczorajszego w kilku okolicznych jadłodajniach dysputy trwały do 2-3 w nocy (bez alkoholu), toteż o poranku Melaka wyglądała na wyludnioną. Drugim powodem wyludnienia mógł być niemiłosierny żar, który lał się z nieba. Po raz pierwszy jak jesteśmy w Malezji zrobiło się tak gorąco i tak duszno, że nie mieliśmy ochoty nic zwiedzać.

Mimo wszystko postanowiliśmy zobaczyć to, co polecają. Wygląda na to, że Malakę można obejść w jeden dzień, my mamy tylko kilka godzin, z polecanych rzeczy nie zobaczyliśmy pewnie wszystkiego, na pewno przepadło nam Porta de Santiago, czyli fort zbudowany w 1511 przez Portugalczyków, a później niszczony i przebudowywany przez inne nacje. Za to co krok napotykamy miejscową specjalność, czyli wyjątkowo zdobione riksze, które w nocy dodatkowo są oświetlone jak choinki.




Podreptaiśmy na drugą stronę rzeki, zobaczyć ruiny kościoła St Paul's Church, niestety wchodziliśmy na raty, schody tuż przed kościołem co prawda do pokonania z wózkiem, ale na tyle kłopotliwe, że sobie odpuszczamy. Ruiny kościoła, jak to ruiny kościoła. Stoją. Musiało to ładnie wyglądać w czasach świetności, gdyż ze wzgórza rozciąga się widok na morze i niską zabudowę Melaki. A dawno, dawno temu Melaka była największym portem w Malezji.



Kolejny punkt wycieczki to trzy świątynie, różnych wyznań, ponoć najstarsze w Malezji, taką informację sprzedał nam zarządzający hostelem, niestety przewodnik milczy na ten temat.
No cóż, jak na takie antyki i całą otoczkę związaną z trzema świątyniami to trochę się rozczarowałem. Owszem - ładne, schludne i skromne, ale chyba za bardzo względem naszych oczekiwań. Miało być łał, a było tak sobie. 










Pochodziliśmy jeszcze po Chinatown, ale przemieszczanie się po Malace nie należy do najprzyjemniejszych. Po jednej stronie rzeki krawężniki do wysokości kolana, po drugiej stronie rzeki, uliczki wąskie, chodniki jeszcze bardziej, często rozkopane i/lub w remoncie, a jak nie są w remoncie to i tak są zastawione, z wózkiem trzeba więc maszerować wąską ulicą pomiędzy samochodami, żar z nieba, żar od rozgrzanych samochodów itd itd. Mało fajnie. 


Ogółem, Malakę można i warto zobaczyć, przejazdem albo z przystankiem na jedną noc. Dodatkowym bonusem Malaki jest jej położenie, pomiędzy Kuala Lumpur a Singapurem, do którego zmierzamy, a to sprawia, że przejazd nie jest tak męczący.

Z Melaki łapiemy autobus do Singapuru, start godzina 14, szacowany czas podróży 4,5 godziny. Koszt  niecałe 25RM za osobę dorosłą. Czas przejazdu jest w sam raz, aby się zdrzemnąć. Po 1,5 godziny jest jeszcze przerwa na papierosa, w zajeździe, na środku którego stoi gustowna fontanna. Do autobusu dosiada się kilka osb, ale i tak jest tyle miejsca, że każdy śpi na swoim fotelu. Kierowca przed odjazdem co najmniej 5 razy przechodzi i liczy osoby. Super odpowiedzialny czy nie ufa sobie?
Stan osobowy się zgadza. 





Dojeżdżamy do granicy. Najpierw odprawa malezyjska. Granica wygląda bardziej jak dworzec autobusowy - wychodzi sie z autobusu, wjeżdza poziom wyżej, idzie na halę odpraw, tylko paszport, stempel i z powrotem na poziom zero do autobusu. Po kilku minutach jazdy odprawa singapurska. Ścieżka postępowania taka sama, tyle, że jeszcze zabiera się bagaże i wypełnia deklarację.
Nawet szybko i sprawnie to wszystko, idzie. Na koniec już po odprawie paszportowej cały bagaż przepuszcza się przez maszyny skanujące, jak na lotnisku.

Na spokojnie, zaczynamy zabierać swoje plecaki, gdy pada pytanie - macie jakieś papierosy?
I się zaczęło. Trzeba będzie zapłacić podatek i grzywnę, której  wysokości ustali urząd celny.
Uuuuu... wwożąc papierosy trzeba się zgłosić do oclenia. Celnik pokazuje mi nawet tablicę, na której jest to napisane. W przewodniku, na wstępie też tego nie ma, owszem ta informacje się pojawia, ale dopiero 70 stron dalej i to jeszcze w małej ramce. 

Po wypełnieniu kilku dokumentów przez policję i urząd celny, zaproszeniu mnie do małego "karceru" przy ich biurze, co bym zostawił plecak (takie pomieszczenie jak z filmów dokumentalnych o przemytnikach, mała klitka, surowa ławeczka z miejscem do przykucia kajdanek) kilku rozmowach, straszeniu nie małą grzywną zapada decyzja. 8,5 singapurskich dolarów za każdą paczkę. Doliczyli się 3 pełnych i jednej, w której zgodnie z protokołem było 13 sztuk. Finalnie wyszło 8,5$ x 3 paczki.
Mówię do celnika, że jest jeszcze jeden mały problem, nie mam miejscowej waluty, bo nie tak to miało wyglądać. Spokojnie, można płacić VISA albo Mastercard. A no to luz. Jadzia na do widzenia dostaje batona. Najdroższego batona w swoim życiu 25,5 singapurskich dolarów. Czyli jakieś 75 PLN.
Całe szczęście, że jeszcze będąc w Europie, w strefie bezcłowej na lotnisku nie kupiłem papierosów. 

Uf... wjazd do Singapuru z przytupem.

Mało przygód? no to proszę.
Autobus, którym jechaliśmy nie był laskaw na nas poczekać. Ten sam kierowca, który tak skrupulatnie liczył czy wszyscy są, na granicy po prostu sobie pojechał. Oprócz nas zostawił też 4 Hindusów. Spoko, zanim się lekko ogarnęliśmy i zamieniliśmy kilka słów z Hindusami wszystkie autobusy pojechały. Nowych widać nie było. Hindusi nie za bardzo wiedzieli co zrobić, więc poszli na policję, która delikatnie mówiąc spuściła ich na drzewo. 

Autobusy miejskie jeżdżą rzadko i w jakieś dziwne miejsca, turystyczne jak na złość nie pojawiają się, jedyne co jeździ to autobusy firmowe wożące pracowników z Malezjii do Singapuru, a ci nie chcą nam pomóc się wydostać z granicy. 

W końcu podjeżdza autobus turystyczny, kierowca po krótkich negocjajach zgadza się nas zabrać, nasza trójka za 20RM. Hindusi też się podłączają, cwaniaki, bo palcem nie kiwnęli.

Ok, jedziemy, dojeżdżamy do Singapuru, względnie do centrum, jednak w inne miejsce niż to było planowane. Do kolejki metra mamy jakieś 300 metrów. Na każdej ze stacji jest punkt informacyjny z bardzo pomocnym personelem. Podajemy adres hotelu, a oni sprawdzają gdzie to jest, podają którą linią pojechać i na którym przystanku wysiąść. Bilet kosztuje 1,7 singapurskiego dolara za osobę.
Wszystko fajnie, tylko nie mamy pieniędzy, bo mieliśmy wysiąść pod centrum handlowym i tam wymieniać walutę. Poszukiwanie bankomatu zajęło kolejnych kilkanaście minut.

W końcu udaje nam się dojechać na właściwą stację, pytamy miejscową młodzież, w którą stronę mamy iść, ci szybko na smartfonie sprawdzają, gdzie to i nas tam zaprowadzają. Bardzo to miłe. W Melace uprzedali nas, że w Singapurze ludzie są jeszcze bardziej pomocni i otwarci niż w Malezji. Mieli racje.