poniedziałek, 1 grudnia 2014

Portugal - dzień 2, Henrykowi rodacy i inne nieszczęścia

Z Porto ruszamy tuż po śniadaniu, ha! Już na śniadaniu pierwsze kuku, stwierdzili, że od Jadzi też się płaci, więc 4,5 euro się należy, no trudno, budżet wytrzyma.

Wiedząc, że w tymże hotelu spędzimy tylko jedną noc, to przy jego wyborze kierowaliśmy się ceną, mniej położeniem. Obieramy kierunek Lizbona, wyjeżdżamy z pod hotelu, bierzemy pierwszy zakręt w prawo a tam... Ponte de D. Maria Pia, czyli jeden z kilku super mostów w Porto z widokiem takim, że hej! Bywa i tak, następnym razem będziemy bardziej czujni, bo wystarczyłby mini spacer po śniadaniu, a mielibyśmy super widoki. Nie ma co płakać, adres znamy, Porto zostawiamy na koniec. Przed nami Lizbona.




Autostrada A1 Porto - Lizbona, jakieś 315 km, chyba 21 euro, nasz VW Polo 1.0 benzyna ciśnięty do granic możliwości (daj boziuniu, aby nasza prywatna luxtorpeda od VW też paliła tylko 6,9 litra na sto km, ciśnięta do granic możliwości) i w mgnieniu oka dojeżdżamy.

Próba odpalenia navi zakończyła się porażką, Halina bo tak na nią mówimy, odmówiła współpracy. Solidnie i wygląda, że na zawsze. Mało szczęśliwy to moment, niestety przykrość numer dwa dzisiejszego dnia została zaliczona. Ok, mamy plan awaryjny - mało precyzyjna mapka z przewodnika i modlitwa. Finał całkiem niezły, parkujemy tam, gdzie chcieliśmy - dzielnicy Belem, tuż pod Torre de Belem.


Torre de Belem, to wieża z 1519 roku, powstała by bronić miasto przed korsarzami. Pierwotnie na wysepce, po trzęsieniu ziemi w 1755 roku wylądowało na brzegu. Klejnot architektury! Arcydzieło gotyku i stylu manuelińskiego, a dodatkowo uwagę przyciągają weneckie loggie z ażurowymi maswerkami. I nasi tu byli, w 1834 krótką odsiadkę zaliczył generał Józef Bem po nieudanej akcji organizacji legionów w Porto. Dobra, ale nie o tym. 





Torre de Belem jest idealnym miejscem na rozpoczęcie spaceru wzdłuż nabrzeża. Przez muzea, pomniki, 2 mariny, z widokiem na most 25 kwietnia i 110 metrowego Jezusa, przez Mosteiro dos Jeronimos (klasztor Hieronimitów), aż po Pasteis de Belem. 

Pasteis de Belem - ponoć najznamienitsza cukiernia w Lizbonie, działająca od 1837 roku! Położona w lokalu po XIX wiecznej herbaciarni. To właśnie w tym miejscu po raz pierwszy światło dzienne ujrzała tarta z sosem custard, coś niebywałego, cukiernicza ekstaza. Klimat miejsca, obsługa, możliwość podejrzenia zaplecza, miejsce udekorowane azulejos, no a sama tarta podawana jest jeszcze ciepła.




Niestety dopada nas kolejna przykrość - obiektyw, który w Malezji został lekko naruszony, ale jako tako pracował, pracować przestał. Zdjęcia robić będziemy, owszem, ale iPhonem i Lumią. Super.

O klasztorze Hieronimitów można pisać dużo i na pewno warto zobaczyć, most 25 kwietnia robi potężne wrażenie - olbrzymi, bardzo ładny zresztą, kawał mostu. W Polszy takiego nie mamy. W okolicy mostu jest i 110 metrowy Jezus. W Polszy takiego mamy, a nawet lepszego. Na 110 metrów Jezusa składa się (na oko) 90 metrów cokołu oraz 20 metrów Jezusa właściwego. Świebodzin - Porto 1:0.


To co mi się bardzo spodobało to Pomnik Odkryć Geograficznych. Powstały w 1960 monument w kształcie dziobu żaglowca, na którym znajdują się posągi postaci, którym przewodzi książę Henryk Żeglarz, Heniek a dla miejscowych Henrique o Navegador. Jest i możliwość wjazdu/wejścia na górę pomnika (bodajże 3 euro od osoby). Z góry widok na okolicę w tym mozajkę pod pomnikiem, która to układa się w kompas z mapą świata. Niestety Polska na tej mapie nie wygląda jak Polska :)










Opuszczamy Belem, obieramy kurs na coś bliżej centrum i nasz hostel. Halina na szczęścia odpoczęłs i odpala po kombinacji klawiszy reset i power. Ufff.. 

Wallis Guest House II okazał sie dobrym wyborem. Czyste, przestronne wnętrze, w pokoju wielkie łóżko, dostępna całkiem nieźle wyposażona kuchnia i tylko kaloryferów brak. Czuć lekki chłód. Jako, że jest kuchnia, postanawiamy udać do pobliskiego sklepu, bo śniadania i kolacje bedziemy robić na miejscu. Nasz budżet się cieszy z tego powodu.

W bardzo fajnie zaopatrzonym sklepie na "L" można już sobie kupić....  choinkę. Żywą. Ha! 
Portugalczycy chyba dość wcześnie zaczynają świętować - widać po wystawach, biurach, że klimat świąt coraz bardziej się unosi. Ulice też przyozdobione. My co prawda nie czujemy jeszcze magii świąt, bo ani nie pora, ani pogoda (w dzień było ok.16 stopni) i palmy nie nastrajają świątecznie, ale może jeszcze nas porwie ten klimat?

Na koniec dnia kolejny klops - zaczyna padać. Oby wypadało się do jutra, bo mamy ambitne plany.